Polska z prymusa stała się jednym z największych ognisk UE. Nie tylko na Śląsku jest problem [WYKRES DNIA]

Za dwa dni będziemy mieli setny dzień od momentu potwierdzenia pierwszego przypadku zakażenia koronawirusem w Polsce. Gdy większość krajów Europy szczyt wykrywanych zachorowań przeżyła na przełomie marca i kwietnia, u nas rekordy są w ostatnich dniach bite. Oczywiście, polskim liczbom wciąż jest bardzo daleko do dramatycznych statystyk np. z Włoch, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii czy Belgii. Robi się jednak trochę nerwowo.

576, 575, 599 - to liczba zakażeń koronawirusem potwierdzonych w Polsce 6, 7 i 8 czerwca. To rekordowe wyniki od początku epidemii w naszym kraju.

Z europejskiego prymusa w walce z epidemią, którym byliśmy jeszcze kilka tygodni temu, trafiliśmy do nieco mniej chlubnego grona. Od kilku tygodni pięliśmy się w "rankingu" liczby nowych potwierdzonych zakażeń w Unii Europejskiej, aż w końcu dotarliśmy na sam szczyt. 599 osób z wykrytym SARS-CoV-2 8 czerwca było największą liczbą spośród danych ze wszystkich 27 krajów wspólnoty.

W przeliczeniu na milion mieszkańców także jesteśmy zdecydowanie zbyt wysoko - w ostatnich dniach na trzecim miejscu, za Szwecją i Portugalią. Tylko Francja, Włochy i Belgia meldują obecnie więcej aktywnych przypadków zachorowań niż Polska. 

Dane za 9 czerwca - 400 nowych zakażeń - są znacznie bardziej pozytywne, to powrót do "normy" z ostatnich tygodni. Pytanie jednak, czy w środę 10 czerwca nie zobaczymy znów dużo wyższych liczb mając na względzie, że dziś w województwie śląskim wykryto "tylko" 137 nowych zakażeń, czyli ponad dwukrotnie mniej niż w ostatnich dniach. Zaledwie 11 nowych przypadków na Śląsku Ministerstwo Zdrowia zaraportowało w popołudniowym "meldunku". Biorąc pod uwagę, że w kopalniach przeprowadzane są masowe testy, a sam premier i resort zdrowia alarmują, że należy przygotować się na więcej pozytywnych wyników stamtąd - można mieć obawy, że w kolejne dni dane będą nieco gorsze. Ale - oby stało się inaczej.

Żeby nie było wątpliwości - w perspektywie całej epidemii polskie dane wciąż są co najmniej niezłe. Polskich 27 560 wykrytych przypadków i 1183 ofiar śmiertelnych nijak ma się do blisko 290 tys. zachorowań w Hiszpanii (i ponad 27 tys. osób zmarłych), ok. 235 tys. we Włoszech (zmarło ok. 34 tys. osób), ok. 154 tys. we Francji (i ok. 29 tys. osób zmarłych) i kilku innych krajów Unii, o np. Stanach Zjednoczonych, Brazylii czy Wielkiej Brytanii nie wspominając. Nadal też - przynajmniej według rządowych zapewnień - polski system ochrony zdrowia jest w stanie z obecnym poziomem zachorowań sobie radzić.

Nie tylko Śląsk ma problem

W ostatnich dniach rzeczywiście dane wskazują na "drugą falę" koronawirusa w województwie śląskim. 351, 325 i 326 wykrytych zakażeń kolejno 6, 7 i 8 czerwca były najwyższymi wynikami po 453 zachorowaniach zdiagnozowanych 12 maja. Rząd tłumaczy to oczywiście masowymi testami przesiewowymi w kopalniach. Minister zdrowia Łukasz Szumowski przekonywał we wtorek w RMF FM, że "Śląsk jako region tak naprawdę jest w taki sam sposób wolny czy też zajęty przez wirusa, jak inne województwa".

Oczywiście, województwo śląskie zostało najmocniej dotknięte koronawirusem (a przynajmniej - tam najwięcej zakażeń wykryto) - z ok. 27,5 tys. przypadków koronawirusa tam zdiagnozowano ponad 10 tys. Ale liczby w ostatnich dniach rosną nie tylko na Śląsku. W poniedziałek 8 czerwca poza województwem śląskim wykryto 273 przypadki zakażeń koronawirusem. Więcej ostatnio mieliśmy 25 kwietnia (w międzyczasie 5 maja zakażeń było 272, czyli o jedno mniej niż w poniedziałek).

We wtorek 9 czerwca było ich niewiele mniej - 263. Ogniska koronawirusa wybuchają nie tylko w kopalniach, ale także w innych miejscach, ostatnio m.in. w szpitalu w Sieradzu (województwo łódzkie), w fabryce lodów i mrożonek w Działoszynie (województwo łódzkie), w zakładach mięsnych w Starachowicach (województwo świętokrzyskie), w Muzeum Narodowym w Krakowie czy w cukierni na Pomorzu.

embed

Jak zauważa Ignacy Morawski, ekonomista, twórca serwisu Spotdata.pl, z mniej lub bardziej drastycznym wzrostem wykrywanych zakażeń dziennie (w przeliczeniu na milion mieszkańców) mamy do czynienia w połowie województw w Polsce. 

Wpływ na to mają m.in. właśnie kolejne ogniska. Choć minister zdrowia grozi w RMF FM, że część obostrzeń może powrócić, bo "Polacy zapomnieli, że mamy epidemię", to wydaje się, że w pewnej mierze winą nie są nasze zachowania, a niedomagający system szybkiego wyłapywania i zduszania w zarodku ognisk. 

Pewnym pozytywem, na który zwraca natomiast uwagę Ignacy Morawski, jest raczej stabilna liczba ofiar śmiertelnych COVID-19. 

Jest ich ok. 10-15 dziennie, czyli ok. 1 proc. wszystkich zgonów w kraju. Nie widać w tym wskaźniku tendencji wzrostowej, mimo rosnącej liczby nowych zakażeń. Wynika to prawdopodobnie z dwóch czynników. Większy odsetek chorujących stanowią teraz osoby młodsze i bardziej odporne. A lekarze zdobyli w ciągu trzech miesięcy większą widzę na temat tego, jak opiekować się pacjentami, by ograniczyć ryzyko ciężkiego przebiegu lub nawet zgonu (na ten czynnik wskazuje wielu lekarzy w wywiadach na świecie)

- wskazuje ekonomista.

Raczej optymistycznie wyglądają też dane dotyczące liczby osób hospitalizowanych. Obecnie to ok. 2 tys. Ta liczba jest dosyć stabilna w ostatnich tygodniach. Dla porównania, w szczytowym momencie (w kwietniu) liczba osób hospitalizowanych z COVID-19 w Polsce przekraczała 3,5 tys.

Zobacz wideo Leszczyna: Rygory sanitarne powinny być inne w różnych miejscach