Liczba zachorowań rośnie w katastroficznym tempie. Codziennie bite są kolejne rekordy zachorowań oraz zgonów po COVID-19. Dzisiaj po raz pierwszy przekroczyliśmy liczbę 4 tys. zakażonych koronawirusem. Rząd wprowadza więc kolejne ograniczenia. Jako że w szpitalach zaczyna brakować łóżek, przywrócono ideę szpitali jednoimiennych. Zmieniono jednak ich nazwę na szpitale koordynacyjne.
Rząd podał już listę szpitali koordynacyjnych:
W każdym województwie będzie znajdował się jedna taka placówka. Ich wprowadzenie ma wyeliminować sytuacje, w których karetka nie wie, gdzie zawieźć pacjenta, a także poprawić dostępność łóżek. Na liście znalazł się Szpital Uniwersytecki w Krakowie, którego dyrektor jakiś czas temu mówił, że taka decyzja sprawi, że będzie to koniec dla tej placówki.
Marcin Jędrychowski, dyrektor Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie jakiś czas temu oceniał wprowadzenie szpitali jednoimiennych i konsekwencje ich ewentualnego powrotu. - Powrót do koncepcji szpitali jednoimiennych wydaje się z jednej strony koniecznością, a z drugiej strony jest powrotem do tego co było i się nie sprawdziło. Pamiętajmy, że idea szpitali jednoimiennych wydawała się ideą właściwą w momencie, gdy tych zachorowań było kilkadziesiąt. W sytuacji, gdy jest ich więcej nie ma możliwości, by pacjentami covidowymi obarczyć jedną, dwie czy trzy jednostki - mówił Jędrychowski. Dodał, że rozwiązania powinny być przygotowane na podstawie realnej liczby łóżek, a nie tej wpisane w "tabelki w excelu". Zamiast tworzyć szpitale pod COVID-19, zdaniem Jędrychowskiego trzeba w każdym szpitalu, wydzielić 10-20 proc. łóżek dla pacjentów covidowych. Takie działanie daje szansę, że po dłuższym czasie walki z koronawirusem nie dojdzie do katastrofy, zarówno jeśli chodzi o służbę zdrowia, jak i pacjentów.
W przeciwnym razie lepiej lub gorzej mniej lub bardziej przeżyjemy COVID i uda nam się dotrwać do szczepionki lub do momentu, gdy duża grupa osób nabędzie odporność na wirusa, ale straty dla pacjentów, którzy chorują z powodu innych schorzeń będą już nieodwracalane
- mówi Jędrychowski. Spytany o to, co by się stało, gdyby jego szpital został przeznaczony tylko pod pacjentów z COVID, odparł, że byłby to koniec Szpitala Uniwersyteckiego. Jędrychowski podkreśla, że rola takich szpitali jest bardzo ważna, bo to w nich najczęściej pracują najlepsi specjaliści, tutaj kształci się studentów i ponad 500 rezydentów. To szpital, który dla wielu jest ostatnią deską ratunku.
- Nie ma zgody i nie będzie zgody na to, że szpital uniwersytecki tylko dlatego, że odmówił pomocy, gdy była potrzeba, że był na tyle sprawny jeśli chodzi o kwestie organizacji pracy na terenie szpitala, że był dość stosunkowo szybko przystosowany do zmieniającej się rzeczywistości, żeby za tą wolę i chęć współpracy w tym momencie został ukarany, że zostanie przeznaczony na szpital covidowy - ocenia dalej Jędrychowski. Podkreśla też, że nie zamknie poszczególnych jednostek, jeśli nie dostanie decyzji, z której jasno wynika, że konkretnie te jednostki mają zostać zamknięte. Jędrychowski zapowiedział, że będzie dalej racjonalnie dzielił potencjał szpitala między pacjentów covidowych, a pacjentów z innych specjalności, którzy pomoc mogą znaleźć tylko w Szpitalu Uniwersyteckim.
Zgodnie z nazwą szpitale koordynacyjne mają także czuwać nad tym jak rozlokowani będą pacjenci z COVID-19. Jędrychowski ocenił także ten pomysł, który nazwał "szatańskim". Jego zdaniem jest on nierealny i niemożliwy do wykonania, ponieważ zadaniem szpitala jest leczyć ludzi, a nie decydować, który szpital na terenie województwa ma przyjąć pacjentów. Jędrychowski podkreśla, że szpitale nie tylko nie są do tego nieprzygotowane, ale nie powinny w ogóle się tym zajmować.
Obowiązki w zakresie koordynacji służby zdrowia, są od wielu lat w rękach wojewody i specjalnie stworzonego centrum kryzysowego, w rękach wojewódzkiego lekarza dyżurnego, którzy to ludzie, a w zasadzie całe zespoły zajmujące się tym, są za to odpowiedzialne. Nie widzę najmniejszego uzasadnienia, żeby przerzucać obowiązek zapewnienia miejsca dla pacjenta i koordynowania tymi pacjentami na rzecz szpitala
- twierdzi Jędrychowski. Dodaje, że nawet tak wysoce specjalistyczne i dobrze przygotowane szpitale uniwersyteckie mają swoje ograniczenia. - Jeżeli ktoś wierzy w to, że my możemy brać tylko dodatkowe zadania i to nie będzie dla nas problem, jest w błędzie i to może zakończyć się jedną wielką katastrofą - kontynuuje Jędrychowski. Zaznacza także, że szpital to nie samotna wyspa i szybko pojawiają się problemy z brakiem personelu, który zaraża się nie w szpitalu, ale najczęściej poza placówką. W spokojniejszych momentach epidemii z pracy w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie wyłączone było kilkudziesięciu lekarzy i kilkadziesiąt osób zespołu pielęgniarskiego i pomocniczego.