Liczba zakażeń w Polsce już niemal nie spada. "Trzecia fala byłaby gorsza od drugiej" [WYKRES DNIA]

Po dynamicznym spadku liczby wykrywanych w Polsce zakażeń koronawirusem nie ma już śladu. Sytuacja epidemiczna stabilizuje się, ale wciąż przy wysokim poziomie przypadków. Gdyby przyszła do nas nowa fala zachorowań, możemy mieć bardzo poważny problem.

Wiarygodność danych epidemicznych w Polsce - przede wszystkim w zakresie liczby nowych przypadków i przeprowadzonych testów - została mocno nadwyrężona beztroskim podejściem instytucji państwowych do procesu ich kompletowania, kontrolowania i raportowania. Co więcej, w związku z poleceniem Głównego Inspektora Sanitarnego lokalne sanepidy od trzech tygodni nie ujawniają już własnych danych, wobec czego społeczna weryfikacja zgodności danych prezentowanych na poziomie regionalnym i ogólnopolskim została uniemożliwiona.

.Michał Rogalski dla Gazeta.pl: jak oficjalne dane o epidemii w Polsce straciły swoją wiarygodność

Dodatkowym problemem w ocenie aktualnej sytuacji epidemicznej jest to, że istnieje w Polsce duża "covidowa szara strefa" osób, które w obawie przed izolacją i kwarantanną dla członków rodziny nie testują się na obecność koronawirusa przy wystąpieniu objawów sugerujących infekcję.

Ale z drugiej strony - dane Ministerstwa Zdrowia są jedynymi, jakie mamy. Co więcej, są także wskazówką dla rządu przy podejmowaniu decyzji dotyczących zarządzania epidemią. Między innymi to właśnie od liczby stwierdzanych przypadków (dokładnie - średniej z ostatnich siedmiu dni) rząd uzależnił decyzje o znoszeniu lub wprowadzaniu restrykcji.

Liczba nowych przypadków już w zasadzie nie spada

Co wynika z ostatnich danych? Przede wszystkim, że po dynamicznym spadku liczby nowych (wykrywanych) zakażeń, statystyki stabilizują się. Przez trzy tygodnie - od 11 listopada do 1 grudnia - średnia nowych przypadków z minionych siedmiu dni spadła o połowę, do mniej niż 13 tys. z ok. 25,6 tys. A w rzeczywistości zapewne spadła z jeszcze wyższego pułapu, bo pierwsza połowa listopada to czas, gdy ginęły tysiące przypadków w drodze z powiatowych stacji sanitarno-epidemiologicznych do Ministerstwa Zdrowia.

Teraz liczba wykrywanych przypadków wypłaszczyła się. W tym tygodniu w poniedziałek i środę liczba nowych wykrytych zakażeń była nawet wyższa niż tydzień wcześniej w analogiczne dni. Stało się tak po raz pierwszy od blisko miesiąca (od 19 listopada)

Środowe dane wskazują, że średnia liczba nowych zakażeń z ostatnich siedmiu dni to ok. 10,2 tys. Tak, jak w pierwszej połowie listopada wzrosty nagle wyhamowały tuż przed granicą dla narodowej kwarantanny i liczba nowych przypadków zaczęła spadać dużo szybciej od prognoz naukowych, tak teraz spadki wyraźnie spowolniły blisko granicy, za którą - według rządowej rozpiski - mógłby czekać nas mocne luzowanie restrykcji (żółta strefa w całym kraju, czerwona tylko w niektórych).

Na razie obecne restrykcje obowiązują do 27 grudnia, aczkolwiek minister zdrowia Adam Niedzielski rekomenduje ich przedłużenie przynajmniej do 17 stycznia. Ostrożność chce zachować także przy powrocie dzieci do szkół. W środę na antenie radiowej Jedynki Niedzielski mówił, że od 18 stycznia "maksimum tego, co możemy się spodziewać" to nauka stacjonarna dla dzieci z klas I - III szkół podstawowych. 

Na Twitterze zwraca też uwagę, że "spadek dziennej liczby zachorowań wyhamowuje", a "trzecia fala startująca z poziomu ok 10 tys. zachorowań byłaby o wiele gorsza od drugiej". I to właśnie jest to realne ryzyko i miecz Damoklesa stale wiszący nad Polską.

Premier Mateusz Morawiecki zdążył już ogłosić, że z epidemią wygrywamy. Choć jednocześnie prosił o cierpliwość i dyscyplinę, swoją hurraoptymistyczną tezą - i to wypowiedzianą tuż po poluzowaniu restrykcji co do działania galerii handlowych (wprawdzie to tylko jedno zniesione obostrzenie, ale tłumy w galeriach pokazują, że było ono Polaków bardzo uciążliwe) - wprowadził raczej odwrotne nastroje. 

.Morawiecki: 'Wygrywamy z epidemią'. To spora niezręczność

embed

Dwa powiaty z poziomem zakażeń jak dla twardego lockdownu

Z wyliczeń Piotra Tarnowskiego wynika, że obecnie - gdyby funkcjonował podział na strefy według rządowych progów bezpieczeństwa - tylko 30 powiatów w Polsce ma tak mało zakażeń, że "łapałyby się" do zielonej strefy. 191 powiatów byłoby żółtych, aż 129 czerwonych, a w 10 powiatach liczba nowych przypadków jest nawet wyższa niż dla czerwonej strefy. W dwóch z nich (miasto Olsztyn i powiat działdowski - oba w województwie warmińsko-mazurskim) przekroczony jest nawet próg dla narodowej kwarantanny.

Europa boi się trzeciej fali

Zbytnia pewność siebie połączona z nieostrożnym luzowaniem obostrzeń może szybko się zemścić. Są już na mapie Europy kraje, które po mocnym spadku liczby nowych zakażeń teraz ponownie zmagają się z ofensywą koronawirusa. To choćby Czechy, Słowacja, Holandia czy Wielka Brytania.

Po zaledwie dwóch tygodniach od luzowania ograniczeń, Czechy właśnie zdecydowały o ich ponownym zaostrzeniu. Od piątku 18 grudnia obowiązywać będzie ponownie zakaz działalności m.in. hotele, restauracje czy baseny. Obowiązywać będzie też zakaz przemieszczania się pomiędzy godzinami 23 a 5 rano. Uczniom przyspieszono ferie świąteczne. Premier Czech Andrej Babisz przeprosił już obywateli za przywrócenie niektórych restrykcji.

W związku z pogarszającą się sytuacją epidemiczną przywrócenie m.in. godziny policyjnej rozważają władze Słowacji. Rząd Holandii już na rosnące statystyki zareagował i ogłosił w poniedziałek lockdown. Do 19 stycznia otwarte będą wyłącznie sklepy z towarami pierwszej potrzeby. Zamknięte będą także m.in. szkoły, zakłady fryzjerskie, siłownie czy (nadal) bary i restauracje.

W Wielkiej Brytanii do strefy najwyższego ryzyka (z rozszerzonymi obostrzeniami) właśnie wszedł Londyn. Toczy się też na Wyspach emocjonalna dyskusja na temat ewentualnych konsekwencji planowanej pięciodniowej "amnestii" od ograniczeń w okresie świątecznym.

embed

Epidemia nie jest pod kontrolą

Doświadczenia innych krajów - w tym także m.in. Niemiec, Litwy czy Danii, które dopiero teraz mierzą się z najcięższą sytuacją epidemiczną - są przestrogą dla Polski i Polaków, że wciąż w kwestii epidemii stąpamy po bardzo kruchym lodzie. Wprawdzie widać delikatne polepszenie sytuacji - nie tylko w liczbie nowych zakażeń, ale także m.in. osób zmarłych czy hospitalizowanych - ale nadal są to jednak bardzo wysokie wartości.

W ostatnich dniach średnio umiera w Polsce ok. 400 osób zakażonych koronawirusem. W najgorszym momencie (25 listopada) taka średnia z ostatnich siedmiu dni wynosiła ok. 500 śmierci dziennie. Osób hospitalizowanych jest ok. 19 tys., a zajętych respiratorów aż ok. 1,7 tys. Te liczby spadają bardzo powoli - w najgorszym momencie (około połowy listopada) w szpitalach było ok. 22-23 tys. osób z COVID-19, a pod respiratorami ok. 2,1 tys. osób.

Liczba zajętych łóżek i zmarłych osób wydaje się więc nieco lepszym wyznacznikiem obecnej sytuacji epidemicznej w Polsce niż liczba identyfikowanych przypadków. Jest lepiej, ale tylko trochę lepiej niż miesiąc temu, a nie znacznie lepiej, jak mogą sugerować dane o liczbie nowych przypadków. Wobec dużego spadku identyfikowanych przypadków i powolnego liczby hospitalizacji można wysnuć wniosek, że teraz wykrywanych jest znacznie więcej naprawdę ciężkich przypadków, a te lżejsze częściej "ukrywają się" we wspomnianej covidowej szarej strefie.

Wciąż bardzo wysoki jest także odsetek pozytywnych wyników testów - średnio na poziomie ok. 30 proc. Nawet biorąc pod uwagę, że prawdopodobnie sporo szybkich testów, które dały wynik negatywny, nie jest raportowanych (np. wykonanych w karetkach, na SOR-ach itd.), to nadal jest poziom daleko poza granicą, w której epidemia jest pod kontrolą.

Wszystko to sprawia, że uzasadnione są poważne obawy i ostrożność ministra zdrowia. Zbliża się czas wzmożonych spotkań świąteczno-noworocznych, który będzie sprzyjać transmisji wirusa. W pierwszych miesiącach 2020 r. przyjdzie też szczyt zachorowań na grypę, a akcja szczepień w najlepszym wypadku dopiero będzie się zapewne rozkręcać. Ewentualna trzecia fala przy wciąż mocno obciążonym systemie ochrony zdrowia może być więc bardzo poważnym problemem. W czasie drugiej - tylko w październiku i listopadzie - umierało w Polsce o kilkadziesiąt procent więcej osób niż w poprzednich latach.

Co więcej, dramatem jest nie tylko liczba osób zmarłych, ale także tych, które w przyszłości dotkną konsekwencje opóźnień w dostępie do szybkiej pomocy lekarskiej, leczeniu chorób przewlekłych czy profilaktyce. To tzw. dług zdrowotny - czyli nagromadzone skutki wszystkich zaniedbań zdrowotnych. Niestety, w czasie wiosennej i jesiennej fali pandemii bardzo mocno podniósł się on w Polsce.

.Wzrost liczby zmarłych w Polsce o 96 proc. Najgorzej w woj. podkarpackim

Zobacz wideo Zachowanie dystansu? Nie na spotkaniu Andrzeja Dudy w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego