Niemal wszystkie restrykcje zostają. Niedzielski o planie luzowania: "Był orientacyjny" [WYKRES DNIA]

Mikołaj Fidziński
Do przynajmniej 14 lutego zamknięte pozostaną - z aktualnymi wyjątkami - m.in. restauracje, bary, kina, teatry, hotele, szkoły czy siłownie. I choć, mając na względzie wyłącznie względy epidemiczne, obostrzenia mają sens, to przedsiębiorcy z nieczynnych branż mają prawo być zawiedzeni. Wciąż przypominają harmonogram znoszenia restrykcji, który rząd przedstawił w listopadzie. Według niego dziś ich biznesy mogłyby działać pełną parą. W rządzie nikt nie chce otwarcie powiedzieć, że publikacja dokumentu była błędem.

W czwartek minister zdrowia Adam Niedzielski poinformował, że rząd zdecydował się jedynie na delikatnie luzowanie obostrzeń. Od 1 lutego otwarte będą wyłącznie centra handlowe oraz muzea i galerie sztuki. Znikną też godziny dla seniorów. Nic nie zmieni się jednak w zakresie innych ograniczeń. Wciąż zamknięte muszą pozostać m.in. punkty gastronomiczne (z wyjątkiem wydawania dań na wynos i na dowóz), baseny, siłownie, kina, teatry, hotele (z wyjątkiem hoteli robotniczych i dla medyków), stoki narciarskie czy szkoły (z wyjątkiem klas I-III szkół podstawowych). 

Minister Niedzielski długo tłumaczył sytuację epidemiczną panującą nie tylko w Polsce, ale i w innych krajach europejskich. Wiele z nich notuje obecnie wyższą liczbę zakażeń niż Polska. Przypominał także o nowych mutacjach koronawirusa, charakteryzujących się wyższą zakaźnością i już wykrytych w Polsce (mutacja brytyjska).

Adam Niedzielski, minister zdrowia, podczas konferencjiOd lutego otwarte sklepy, koniec godzin dla seniorów. A restauracje?

Lockdown zamiast żółtej strefy

I, mając na względzie wszystkie te argumenty epidemiczne, decyzja o przedłużeniu twardych ograniczeń wydaje się logiczna. Ale gdy spojrzy się na sytuację z perspektywy przedsiębiorców, sytuacja zdecydowanie nie jest tak klarowna.

Coraz częściej buntują się przeciw ograniczeniom. Czują się przez rząd oszukani, wypominają mu niesłowność. Chodzi oczywiście o harmonogram, według którego restrykcje miały być luzowane lub zaostrzane.

Uzależniał on decyzje rządu od średniej liczby wykrywanych zakażeń z ostatnich siedmiu dni. Zgodnie z tą rozpiską, od miesiąca (z przerwą 10-11 stycznia) spełniamy warunek, aby cała Polska była dziś żółtą strefą, a tylko powiaty z najgorszą sytuacją - czerwoną. Średnia dzienna liczba zakażeń z ostatnich siedmiu dni to nieco ponad 5,5 tys. dziennie.

embed

Według wyliczeń Piotra Tarnowskiego "czerwonych" powiatów byłoby obecnie 33 (w tym jeden - chełmiński w województwie kujawsko-pomorskim - spełnia nawet reguły, aby restrykcje tam były jeszcze dalej idące). 

Zgodnie z regułami, które notabene zostały już usunięte ze strony Kancelarii Premiera, dziś właściwie wszystkie biznesy mogłyby być otwarte, ewentualnie z ograniczeniami co do liczebności osób (np. wesela do 50 osób, kina do 25 proc. publiczności). Ba, część z nich powinno działać już od końcówki listopada, gdy liczba zakażeń spadła do poziomu oznaczającego całą Polskę w czerwonej strefie. Tymczasem w rzeczywistości mamy do czynienia z obostrzeniami cięższymi niż dla czerwonej strefy.

Zamknięte hotele - zdjęcie ilustracyjne Jakie pieniądze mogą stracić przedsiębiorcy? Nawet 324 tys. zł

Niedzielski: Plan był orientacyjny

Podkreślamy to z całą stanowczością - jeśli jakiekolwiek ograniczenia są konieczne dla walki o zdrowie i życie Polaków w pandemii koronawirusa, to nie powinny być znoszone czy ignorowane (a przedsiębiorcy z objętych restrykcjami branż powinni być wspierani finansowo).

Ale zupełnie inną kwestią jest to, że nikt z rządu nie przeprosił do tej pory przedsiębiorców - przynajmniej publicznie - za rozbudzone nadzieje.

Zmniejszenie liczby zachorowań pozwoli w perspektywie na przywracanie poprzednich zasad

- przekonywał na Twitterze rzecznik rządu Piotr Muller. 

Z drugiej strony, premier Morawiecki mówił wyłącznie o możliwości luzowania obostrzeń w przypadku spadku liczby zakażeń. Jednak sytuacja, w której utrzymywane są ograniczenia właściwe - według tej rozpiski - dla kilkukrotnie wyższej liczby zachorowań, pokazuje, jak bardzo była ona przestrzelona i palcem po wodzie pisana. 

Przedstawiamy filozofię, która nam przyświecała i będzie przeświecać w przyszłości w zakresie regulowania zasad bezpieczeństwa. (...) Jeżeli liczba przypadków będzie pomiędzy 25 a 50 przypadków na 100 tys. mieszkańców, jest możliwość powrotu do zasad stref czerwonych. Jeżeli będzie między 10 a 25 przypadków na 100 tys., jest możliwość powrotu do stref żółtych

- mówił konkretnie premier Morawiecki, przedstawiając etapy zasad bezpieczeństwa. Na marginesie - już wówczas harmonogram ten wzbudzać zaskoczenie w świetle wcześniejszych, słusznych, obserwacji ministra zdrowia Adama Niedzielskiego, że nie wyłącznie liczba zakażeń ma znaczenie, ale też m.in. liczba zgonów czy zajętych łóżek szpitalnych i respiratorów.

Podczas czwartkowej konferencji prasowej Niedzielski odniósł się do tego niefortunnego, mimo wszystko, harmonogramu. Stwierdził, że należy go traktować jako "orientacyjny".

Prezentowaliśmy w listopadzie pewien plan, który był uzależniony od dziennej liczby zakażeń. Od razu, tworząc go, wiedzieliśmy, że jeden wskaźnik w postaci dziennej liczby zachorowań to jest zbyt mała podstawa do podejmowania ostatecznej decyzji. Ten plan należy traktować jako orientacyjny, który oczywiście wyznacza pewien punkt wyjścia, bo zawsze, podejmując decyzje, patrzymy na jego strukturę, ale musimy brać pod uwagę inne ryzyka i zjawiska

- mówił minister.

Warto przypomnieć kontekst, przy którym na początku listopada rząd przedstawiał etapy bezpieczeństwa. Po pierwsze, był to czas, gdy liczba zakażeń rosła i bardziej niż rozmrażaniem gospodarki interesowaliśmy się tym, które jej gałęzie jeszcze zostaną zamknięte.

Ale z drugiej - był to też moment, w którym przedsiębiorcy apelowali do rządu o pewną "mapę drogową" planowanych działań. Chodziło po prostu o choćby namiastkę przewidywalności. Oczekiwaną "mapę" dostali - Morawiecki postanowił ją oprzeć wyłącznie na liczbie zakażeń, choć, jak widać, jest to tylko mały element w całym procesie decyzyjnym rządu. To właśnie ten chaos i brak przejrzystości mierzi przedsiębiorców.

Choć już kilkukrotnie rząd, wbrew harmonogramowi (i z punktu widzenia ochrony przed koronawirusem - zapewne słusznie), przedłużał czy zaostrzał restrykcje, zamiast je znosić, nigdy nie padło zdanie o tym, że ten plan właściwie można wyrzucić do kosza.

W zeszłym tygodniu w "Studiu Biznes" w Gazeta.pl Olga Semeniuk, wiceminister rozwoju, pytana o obostrzenia w kontekście harmonogramu z etapami bezpieczeństwa przekonywała, że przecież "nie da się przewidzieć ruchów koronawirusa".

Ta oś czasu była przygotowana na potrzeby wewnętrzne kraju i tego, jak sytuacja epidemiczna będzie się rozwijać. Dziś mamy do czynienia z drugim szczepem koronawirusa w Wielkiej Brytanii i innych krajach

- mówiła Semeniuk. Problem w tym, że nowy szczep koronawirusa odkryto w Wielkiej Brytanii w drugiej połowie grudnia, zaś działania rządu zaczęły się rozjeżdżać z harmonogramem już kilka tygodni wcześniej.

Abramowicz: frustrację budzi brak perspektywy

Liczymy na to, że rząd wróci do planu przedstawionego w listopadzie. Liczba zachorowań wskazuje na to, że okres odpowiedzialności powinien już obowiązywać

- mówił w środę w "Studiu Biznes" Adam Abramowicz, rzecznik małych i średnich przedsiębiorców. Zwracał uwagę, że przedsiębiorcy chcą otwierać swoje biznesy nie z pazerności, ale z powodu trudnej sytuacji. Abramowicz komentował, że przedsiębiorcy byliby w stanie zrozumieć ograniczenia, gdyby spełniane były dwa warunki. Po pierwsze, powinni być pewni otrzymania rekompensat (a część branż nie jest objętych tarczami finansowymi). Drugim powodem frustracji jest brak perspektywy.

W tej chwili przedsiębiorca - nawet taki, który otrzymał rekompensatę - nie wie, czy te pieniądze ma przeznaczyć na jeden, dwa czy trzy miesiące w przód. Czy musi zwalniać pracowników? Czy musi jeszcze dodatkowo ograniczać koszty, np. wypowiadając umowy najmu. Drugim warunkiem jest więc ta przewidywalność

- mówił Abramowicz, dodając, że gdyby rząd jasno określił, że w danej sytuacji czy w danych powiatach obowiązują zasady z zielonej, żółtej czy czerwonej strefy, frustracja byłaby mniejsza. Harmonogram dawał przedsiębiorcom - choć złudne, jak się okazało - poczucie, że mniej więcej wiedzą, na czym stoją. Teraz nie mają nawet tego mikrego, punktu zaczepienia.

Podczas czwartkowej konferencji prasowej minister zdrowia Adam Niedzielski ani również obecna minister rodziny i polityki społecznej Marzena Maląg nie podali żadnych konkretów odnośnie perspektyw dla możliwości działalności poszczególnych branż - oczywiście poza otwartymi od 1 lutego galeriami handlowymi i muzeami. 

Zobacz wideo Przedsiębiorcy czekają na decyzję ws. obostrzeń. „Plotki przerażają”