O co tak naprawdę chodzi protestującym rolnikom? "Oni się czują jak nieuczciwi petenci. Trzeba ich zrozumieć"

Przewodniczący rolniczego OPZZ zerwał rozmowy z rządem. - Minister powiedział, że trzy nasze postulaty w ogóle nie będą rozpatrywane, bo to nie jego kompetencja - oburzył się Sławomir Izdebski. Sprawdzamy, czego rolnicy oczekują od państwa i czy ich postulaty są realne.
Podczas ubiegłotygodniowych rozmów w Ministerstwie Rolnictwa związkowcy zgłosili w sumie 12 postulatów. Domagali się m.in.:

- przyjęcia przepisów regulujących obrót ziemią rolną (uważają, że powinna ona być wykorzystywana do powiększania gospodarstw rodzinnych),
- prawa, które zapobiegnie "masowej wyprzedaży ziemi po 2016 r." ,
- rekompensat dla producentów bydła, których dotknęło rosyjskie embargo,
- wsparcia dla producentów owoców i warzyw, również dotkniętych embargiem,
- interwencji rządu ws. eksportu wieprzowiny na Wschód i ochrony polskiego rynku tego mięsa,
- blokowania spadku cen mleka w skupach i zniesienie kar za przekroczenie kwot mlecznych,
- ograniczenia importu zbóż z innych państw.

Ministerstwo poinformowało, że siedem z tych postulatów już zrealizowano, a trzy są w trakcie realizacji. Aktualnie mają trwać prace nad mechanizmami, które pozwolą na spełnienie żądań dotyczących rekompensat za kupowane kiedyś na wolnym rynku kwoty mleczne oraz pomocy dla hodowców trzody chlewnej.

To jednak nie wszystko, czego obecnie oczekują od rządu protestujący. Trzeci z postulatów, wywołujący sporo kontrowersji, dotyczy wypłacania przez państwo odszkodowań za straty spowodowane przez dziki. - Postulaty są proste: 7 mln zł dla rolników, którzy stracili swoje uprawy przez dziki. Do tego zwrot kwot mlecznych i podpisanie porozumienia w sprawie trzody chlewnej - mówił dziś w TOK FM lider rolniczego OPZZ Sławomir Izdebski.

Pytamy eksperta

O komentarz do żądań rolników poprosiliśmy Bartosza Urbaniaka, dyrektora zarządzającego ds. agrobiznesu Banku BGŻ. - Jeżeli patrzymy na to ekonomicznie, to 7 mln zł to jest problem marginalny, ale bardzo denerwujący rolników - uważa Urbaniak. Dlaczego kwestia odszkodowań za zniszczenia tak rozsierdziła protestujących?

Może to wynikać z tego, że procedura ubiegania się o odszkodowanie została znacznie utrudniona, a rolnicy przyznają, że obecnie czują się jak petenci, w dodatku niekoniecznie uczciwi. - Szkody są obecnie tak duże, że koła łowieckie, które do tej pory wypłacały rolnikom rekompensaty, nie mogą już sobie na to pozwolić i państwo weszło w ich rolę. Procedura wcześniej była bardzo prosta - rolnik dogadywał się z kołem i nikt nie kwestionował jego prawdomówności - tłumaczy Urbaniak.

Trudniej o odszkodowanie

- Teraz pojawiła się biurokracja: trzeba zgłosić szkodę na odpowiednim druku, później jest sporządzany protokół, który jest następnie oceniany. Potem te odszkodowania są najczęściej troszeczkę przycinane. Podsumowując: procedura wypłaty odszkodowań jest teraz trudniejsza niż wcześniej, wypłacane odszkodowania są niższe, a straty są większe - wyjaśnia Bartosz Urbaniak.

Jednak - jak dodaje - głównym powodem protestów może być przelana czara goryczy. - Oni mają przekonanie, że znacząco zmieniły im się warunki i że ktoś kwestionuje straty, które oni ponieśli. Myślę, że zwyczajnie uderzyło to w ich godność - podważa się ich prawdomówność i traktuje ich jak petentów - mówi. - Państwo w dość niezręcznym momencie zapowiedziało, że zabraknie pieniędzy na odszkodowania, w tym samym dniu bowiem ogłoszono pomoc dla Ukrainy. I to było trochę - trzymając się terminologii rolniczej - podłożenie ognia pod snopek siana. Ja rozumiem rolników i nie kwestionuję uzasadnienia tego postulatu - dodaje Urbaniak.

Co z wieprzowiną?

Sytuacja na rynku wieprzowiny jest w Europie trudna już od roku. Wszystko przez afrykański pomór świń (ASF), który zimą 2014 r. przyniosły do Polski prawdopodobnie białoruskie dziki. Dla wielu państw, w tym m.in. Rosji czy Chin, Unia Europejska stała się wówczas obszarem, na którym wykryto ASF, więc natychmiast zaprzestano kupowania europejskiej wieprzowiny.

Unia Europejska zaczęła się dusić od nadmiaru wieprzowiny na rynku wewnętrznym, ceny zaczęły spadać - co oczywiście podobało się konsumentom, ale nie hodowcom. Polscy rolnicy domagają się interwencji rządu w sprawie eksportu wieprzowiny, a jedną z ich propozycji było zorganizowanie skupu interwencyjnego tego mięsa. Jednak rozwiązania tego typu zupełnie nie zależą od nas.

- Ten problem, nawet przy wielkich chęciach ministra rolnictwa, musi zostać rozwiązany na poziomie całej Unii, bo to jest problem unijny. Obecna sytuacja jest niestabilna na poziomie europejskim, z kolei mechanizmy interwencyjne, do których odwołują się rolnicy, czyli np. skup interwencyjny, to instrumentarium Komisji Europejskiej, a nie polskiego ministra rolnictwa - tłumaczy Bartosz Urbaniak.

Od ręki nic nie załatwią

To oznacza, że postulatów protestujących nie da się zrealizować od ręki, jak chciałby tego Sławomir Izdebski: - Nie oczekuję, że minister Sawicki wyciągnie te pieniądze z kieszeni. Wystarczy, że podpiszemy umowę i pieniądze za dziki będą np. za dwa-trzy tygodnie, a kwoty mleczne będą uregulowane, powiedzmy, za dwa miesiące - mówił dziś w TOK FM.

Już w ubiegłym tygodniu Ministerstwo Rolnictwa informowało, że opracowane mechanizmy, które pozwolą na ewentualną realizację postulatów, muszą zostać najpierw przesłane do akceptacji ministrowi finansów. Dopiero później otrzyma je Komisja Europejska, która musi je notyfikować. Nie jest więc możliwe, aby cały proces skrócić do kilku dni lub tygodni.

- Nawet jeśli Komisja Europejska poprze ten wniosek, to załatwienie takiej sprawy potrwa ze trzy miesiące. Widać, że tamta strona wcale nie chce się dogadać, tylko chce podgrzewać konflikt - mówił wówczas "Wyborczej" minister Sawicki. Dziś podczas rozmów ze związkowcami powtórzył, że realizacja ich postulatów nie należy do jego kompetencji. Przewodniczący OPZZ zerwał rozmowy.

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!

POLUB NAS


Więcej o: