Pomysł na biznes? Nie znajdziesz podobnej firmy w Warszawie. "Za każdym butem stoi jakaś historia"

Najpierw była ciepła posadka w korpo, później piętrzące się stosy butów w domu. W jednej chwili rzuciła wszystko, żeby oddać się temu, co kochała od zawsze. - Założyłam sobie, że jeśli do końca miesiąca będzie 10 zamówień, odtrąbię sukces - mówi Martyna, właścicielka firmy Wosh Wosh zajmującej się renowacją obuwia. Po trzech tygodniach ma trzysta zamówień i kilka kilogramów mniej wagi. A to dopiero początek.
Martyna Zastawna, Wosh Wosh : - Do głowy mi nie przyszło, że to ze mną będą przeprowadzali wywiady. Ja to chciałam robić...

Damian Szymański, Pieniądze.gazeta.pl: Marzyłaś o pracy w mediach?

- Takie miałam plany. Los chciał inaczej. Chociaż ukończyłam dziennikarstwo, pierwsze kroki skierowałam do marketingu. Zanim rozpoczęłam własny biznes, pracowałam w agencji reklamowej. Klasyczne korpo. Nie było mi tam źle, ale czułam, że to nie jest to.

Tym czymś były buty.

- Wiem. To dziwnie zabrzmi. Młoda dziewczyna zainteresowana starymi trzewikami, ale tak naprawdę to właśnie one od zawsze mnie interesowały. Pewnego dnia obudziłam się i zobaczyłam swoje zimowe buty, które były strasznie brudne. Przeszukałam internet w poszukiwaniu pralni butów. Pomyślałam, że skoro są pralnie ciuchów, to muszą być przecież i butów. To oczywiste. Niestety, nie znalazłam nic poza mnóstwem porad na forach, jak czyścić buty, czym to robić itd. Zauważyłam, że skoro ludzi to naprawdę interesowało, musi być w Warszawie taka firma potrzebna. Wyczułam, że jest coś na rzeczy.

Do założenia własnego biznesu to jeszcze długa droga.

- Olbrzymia. Mój wybór był jednak prosty: albo zostanę na ciepłej posadce w korporacji, albo wypłynę na nieznane wody i zacznę robić to, co kocham. Z czasem zaczęłam eksplorować ten temat głębiej. Kupiłam dużo specyfików ze Stanów oraz Hiszpanii i spróbowałam szczęścia. Najpierw zaczęłam od swojej szafki. Efekt był niezły. Znajomi podpytywali, skąd mam takie miętowe buty, skoro nigdzie nie można takich dostać. W ten sposób w moim domu zaczęły się piętrzyć kartony z przeróżnym obuwiem. Mój dzień nie wyglądał zjawiskowo. Przychodziłam z pracy do domu i zaczynałam czyścić, malować i szorować trampki przyjaciół.

Siedziałaś całymi dniami w butach. Zrezygnowałaś ze swojej wcześniejszej dobrze płatnej pracy. Ludzie nie zaczęli się o ciebie niepokoić?

(Śmiech) Znajomi rzeczywiście byli bardzo mocno zaskoczeni. Ale to normalne. Każdy miał swoje zdanie na ten temat. Przeważała jednak opinia, że to kompletna paranoja. W Polsce ludzie przecież po prostu wyrzucają stare buty, a nie idą z nimi do naprawy. Byli też tacy, którzy mówili, że to jest innowacyjny pomysł i warto się za niego zabrać. No to się wzięłam.

I teraz, po trzech tygodniach od startu, masz już ponad 300 zamówień. Niezły wynik.

- Założyłam sobie, że jeśli będzie ich do końca miesiąca dziesięć, to otworzę naprawdę drogiego szampana i kupię olbrzymią szafkę na buty w Ikei. Szafkę już mam, na szampana zabrakło czasu. Niemniej, Wosh Wosh okazał się olbrzymim sukcesem. Zatrudniam teraz sześć osób, a już robię nabór kolejnych. Wynajmuję dwa lokale w centrum Warszawy, a potrzebuję znacznie więcej. Tempo jest zabójcze. Spójrz na mnie. Od dwóch miesięcy nie mam dnia wolnego. Schudłam sześć kilogramów. Chyba nikt nie spodziewał się takiego odzewu.



Konkurencji na rynku nie ma?

- Szukałam, szukałam i nic nie znalazłam. Renowacja butów to już prawie zawód wymarły. Chociaż są oczywiście zakłady szewskie, które naprawiają to i owo, ale im zazwyczaj się nie chce robić niczego spektakularnego. Pracują tylko do 18. Rzadko biorą weekendy i nie oferują kompleksowej, nowoczesnej usługi. Brakuje im tej pasji, która powinna przyświecać w takiej branży.

Kto do was oddaje buty?

- Są to zazwyczaj młodzi ludzie po dwudziestce, ale zdarzają się także osoby starsze. Ostatnio przyszła do nas pani koło siedemdziesiątki i oddała buty, w których chodzi regularnie na pielgrzymki. Są dla niej megawygodne i nie wyobraża sobie iść do Częstochowy w innych.

Była także kobieta, która przyniosła buty kupione w stanie wojennym. Wystała się po nie w sklepie i choć teraz są pewnie warte kilka groszy, dla niej mają szczególną wartość sentymentalną. Za każdym butem, tak jak za człowiekiem, stoi jakaś historia. To nie jest zwykły produkt, jak każdy inny. Z tym, co masz na nogach, wiążą się twoje wspomnienia.

Wasi klienci to czują?

- Tak. Klienci sami mówią, że but to nie jest zwykła rzecz, jaką zakładasz na nogi. Sama mam mnóstwo par w domu i każda z czymś mi się kojarzy. Dlatego też staramy się do każdego buta podchodzić indywidualnie. Stawiamy przede wszystkim na jakość, choć nie zawsze jesteśmy w stanie zdziałać cuda. Jeśli np. trampki są zalane jakąś dziwną substancją niewiadomego pochodzenia, dużo nie podziałamy. Chciałabym jednak, żeby każdy klient wyszedł od nas zadowolony.

Wiesz, że się nie da.

- Na początku załamałam się, kiedy jedna z klientek zadzwoniła do mnie z pretensjami, że włożyłam jej za długie sznurówki. Taka pierdoła, a wiesz, jak przeżywałam? Kiedy robisz coś samemu i ci na tym strasznie zależy, każdy, nawet najmniejszy cios przyjmujesz bardzo ambicjonalnie. Dlatego też m.in. teraz na odebranie odświeżonej pary czeka się u nas ok. 20 dni, chociaż na początku było to niecałe 5. Chcielibyśmy dopieścić każdego. Ale chyba dochodzi do mnie powoli, że się nie da. Mogę co najwyżej się starać i robić to, co robię, najlepiej jak potrafię.

Masz jakieś rady dla młodych osób, które chcą założyć własny biznes?

- Wiara i upór. To najważniejsze. Bez tego się nie ruszy. A już na pewno własnego biznesu.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas