Rząd i ZUS nie wiedzą, ile wyniosą emerytury minimalne

Czy budżet państwa może się zawalić pod ciężarem dopłat do emerytur minimalnych? Rząd ani ZUS nie policzyły, ile one wyniosą. Chodzi o miliardy złotych
To jedna z największych zagadek naszego systemu emerytalnego. O tym, ile państwo będzie dopłacać Polakom do emerytur minimalnych, opinia publiczna miała się dowiedzieć już w czasie ubiegłorocznej dyskusji nad podwyższeniem wieku emerytalnego. Rząd jednak wyliczeń nie przygotował. Nie ma ich zresztą do dziś.

- Przyznaję, nie zajęliśmy się tym. Proszę pytać w ZUS, może oni policzyli - mówi nam osoba z rządu pracująca przy reformie emerytalnej.

- Niestety, nie posiadamy takich danych - grzecznie odpowiada nam warszawska centrala ZUS.

Andrzej Arendarski, szef Krajowej Izby Gospodarczej, nie wierzy, że nikt w rządzie takich wyliczeń nie ma. Bardziej prawdopodobne jest według niego to, że wyliczenia są, ale rządzący boją się je ujawnić. - Bo pewnie wynika z nich, że trzeba będzie dopłacać z budżetu do emerytur ogromne pieniądze. Nie chcą o tym mówić. A po cichu być może szykują wprowadzenie przepisów zaostrzających przyznawanie emerytury minimalnej, tak aby dopłacać mniej - myśli głośno Arendarski.

Państwo dołoży

Państwo co roku dopłaca do emerytur ponad 40 mld zł. Ta kwota miała rosnąć, w miarę jak coraz więcej Polaków będzie pobierało emerytury, a coraz mniej będzie pracowało. Aby w przyszłości nie zbankrutować, rządzący wprowadzili dwa bezpieczniki. Po reformie z 1999 r. wysokość emerytury jest uzależniona od zebranych składek w myśl zasady: ile uzbierasz, tyle na starość dostaniesz. Pokolenie dzisiejszych 20-, 30-, 40-latków straci na tym krocie. Dziś średnio Polak dostaje na emeryturze 50-55 proc. pensji, czyli ok. 1,8 tys. zł brutto. W nowym systemie będzie miał ok. 30 proc. i mniej ostatniej pensji, czyli ok. 1,2 tys. brutto.

Drugi bezpiecznik - od tego roku podwyższamy wiek emerytalny kobiet i mężczyzn do 67 lat. Czyli emerytury będziemy pobierać później. W efekcie i wypłaty będą później. Dzięki temu państwo miało niewiele dokładać do emerytur. A będzie dokładać, i to sporo. Dlaczego? Bo zagwarantowało obywatelom emerytury minimalne (dziś - ok. 830 zł brutto). To koło ratunkowe dla osób, które zebrały przez całe życie niewiele składek. Jeśli komuś z zebranych składek wychodzi 300 czy 500 zł emerytury miesięcznie, państwo dołoży resztę. Kryteria nie są zbyt wygórowane. Wystarczy, że mężczyzna wykaże, iż pracował 25 lat, a kobieta 20 lat (od 2022 r. - również 25).

- Przy takich warunkach może dochodzić do kuriozalnych sytuacji - mówi Łukasz Wacławik, specjalista od ubezpieczeń z krakowskiej AGH. Niektórym nie będzie się opłacało długo pracować. Przykład? Pan Jan zarabiający 1,8 tys. zł brutto i pracujący 25 lat powinien dostawać 540 zł emerytury (wyliczenia według wartości obecnego pieniądza, bez inflacji i wzrostu PKB). Ale dostanie 830 zł, bo państwo mu dopłaci. Gdyby pan Jan przy tych samych zarobkach chciał pracować o dziesięć lat dłużej, czyli 35 lat, i tak nie wypracuje emerytury minimalnej (wyjdzie mu 755 zł) i znów będzie musiało mu dołożyć państwo. Czyli niezależnie od tego, czy będzie pracował 25, czy 35 lat, i tak będzie dostawał emeryturę minimalną. - Setki tysięcy Polaków mogą dojść do wniosku, że nie opłaca im się legalna praca. Dużo łatwiej będzie wyrobić odpowiedni okres uprawniający do emerytury minimalnej, a później pracować na umowach śmieciowych czy po prostu na czarno - dodaje Wacławik.

Z ostatnich dostępnych danych GUS z października 2010 r. wynika, że ok. 10 proc. zatrudnionych otrzymuje wynagrodzenie minimalne lub niewiele wyższe. Kolejne 20 proc. zatrudnionych otrzymuje wynagrodzenie przewyższające pensję minimalną o mniej niż 50 proc. Aby samodzielnie odłożyć na minimalną emeryturę, osoby zarabiające pensję minimalną musiałyby pracować prawie 45 lat. Te, które zarabiają o 50 proc. powyżej minimalnej - około 30 lat.

Zaostrzyć kryteria

Jeremi Mordasewicz, członek Rady Nadzorczej ZUS i przedstawiciel PKPP Lewiatan, widzi jedno wyjście: podnieść staż pracy uprawniający do emerytury minimalnej z 25 do przynajmniej 30 lat. - Inaczej będziemy do systemu emerytalnego nadal dopłacać miliardy. A to wbrew reformie emerytalnej. Aby znaleźć na to pieniądze, państwo będzie musiało łupić na podatkach nasze dzieci i wnuki. Łatwo się domyślić, co wybiorą młodzi. Emigrację - twierdzi Mordasewicz.

Zapewnia, że uzyskanie 30 lat stażu nie jest wygórowanym wymogiem. Zakładając bowiem, że pracę rozpoczniemy w wieku 25 lat i na emeryturę odejdziemy, mając 67 lat, to powinniśmy przepracować 42 lata. Jednocześnie uznając, że z różnych powodów (np. utraty pracy) nasza przerwa w zatrudnieniu wyniesie siedem czy nawet dziesięć lat, to i tak nasz staż będzie większy niż 30.

Przeciwnicy pomysłu Mordasewicza mogą jednak łatwo uznać, że jego wyliczenia są zbyt optymistyczne i wywołają wojnę pokoleń. Na razie na emeryturę przechodzą osoby, które rozpoczynały pracę w PRL-u, w czasach gdy łatwo można było znaleźć pracę (jakość tej pracy to już opowieść na zupełnie inny tekst) i podejmowano ją w młodym wieku. To się jednak zmieni, gdy wiek emerytalny zaczną osiągać osoby, które dziś pracują głównie na umowach o dzieło. Praca na takich umowach nie jest zaliczana do stażu emerytalnego. Będą one miały problemy z udokumentowaniem 25 lat stażu pracy do emerytury minimalnej, a co dopiero podwyższonego do 30 lat.

Emeryturę ustalać jak płacę minimalną

Jedną kwestią jest wpływ dopłat na budżet, drugą - na co pozwoli emerytura minimalna za 20-30 lat. Jaki standard życia zagwarantuje? Dziś jej wysokość nie pozwala na wiele. Ale w przyszłości te świadczenia będą jeszcze niższe.

- Przy obecnych zasadach waloryzacji, według których wszystkie emerytury procentowo podnosimy o inflację i 20 proc. wzrostu płac, emerytura minimalna będzie jednak malała w relacji do zarobków. W efekcie jej wartość w odniesieniu np. do progu ubóstwa relatywnego też będzie malała - mówi Agnieszka Chłoń-Domińczak, była wiceminister pracy.

Czy jest sposób, aby państwo nie musiało dopłacać miliardów do emerytur minimalnych, a jednocześnie żeby nie skazywało ludzi pobierających najniższe świadczenia na biedę?

Ekonomiści, z którymi rozmawialiśmy, przyznają, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby podwyżkę dla najbiedniejszych ustalać tak jak płacę minimalną. Rząd po konsultacjach z Komisją Trójstronną decydowałby, że rośnie ona na przykład z obecnych 830 zł brutto do 880. Wtedy widełki między emeryturami najniższymi i najwyższymi nie będą się tak gwałtownie rozszerzać. Nie potrzeba do tego więcej pieniędzy z budżetu. Wystarczy, że wszyscy inni emeryci będą mieli waloryzowane świadczenia jedynie o inflację (w ten sposób zachowają siłę nabywczą świadczeń), a 20 proc. ze wzrostu płac (które dziś trafia na podwyżkę wszystkich emerytur) będzie szło tylko do najbiedniejszych.

A może wyliczać składkę emerytalną z rentową?

Inny pomysł ma Łukasz Wacławik, który chce dać szansę ubogim na samodzielne odłożenie większego kapitału niż minimalny. Proponuje zmianę sposobu obliczania składek od najniższych pensji. Dziś osoba zarabiająca pensję minimalną płaci 312 zł miesięcznie na emeryturę oraz 96 zł na rentę.

Składka rentowa nie ma wpływu na wysokość emerytury. Liczy się tylko składka emerytalna. Wacławik proponuje prosty zabieg, który wprowadzi "minimalną składkę emerytalną" w wysokości 408 zł, czyli sumy obecnych składek emerytalnej i rentowej. Dzięki tej zmianie Polak zarabiający 1,6 tys. zł, by samodzielnie odłożyć na emeryturę minimalną, będzie musiał pracować nie 45 lat jak dziś, tylko niewiele ponad 30. A najniższe świadczenie, za które będzie musiał przeżyć, wzrośnie z obecnych 830 zł do ponad 1 tys. To o 20 proc. więcej.

Sam pomysł kosztowałby miliard rocznie (tyle bowiem musielibyśmy zabrać z funduszu, z którego ZUS wypłaca renty). Tyle przez tydzień kosztują wszystkich podatników przywileje dla mundurowych, górników, sędziów.