Bank nie chciał oddać pieniędzy za ubezpieczenie. Klient złożył pozew i...

Warto walczyć o odzyskanie swoich pieniędzy nawet wtedy, kiedy wydaje się, że banku nie da się przekonać do naszych racji. Jeden z czytelników blogu "Subiektywnie o finansach" dzięki takiej właśnie postawie odzyskał od banku nadpłacone ubezpieczenie. Razem z odsetkami bank oddał mu... 1150 zł.
Bohaterką tej historii jest pani Aurelia, klientka banku ING. "Chciałabym, aby nasza historia zmobilizowała niektórych do upominania się o swoje prawa" - napisała czytelniczka autorowi gazetowego blogu "Subiektywnie o finansach". W sierpniu 2010 r. pani Aurelia wzięła wraz z mężem kredyt hipoteczny w banku ING. Zabezpieczeniem były dwie nieruchomości. Do czasu prawomocnego wpisu w hipotece bank miał pobierać ubezpieczenie pomostowe. "Kiedy w styczniu 2011 r. uprawomocnił się drugi wpis w hipotece, chcieliśmy rozliczenia pobieranych opłat. Bank jednak oddał nam zbyt małą kwotę" - pisze czytelniczka.

Chodziło o to, że według banku ubezpieczenia pomostowego nie można ot tak, z dnia na dzień, wyłączyć. Trzeba to zrobić w odpowiednim trybie, dopiero na koniec miesiąca. "Napisano nam, że ubezpieczenie pobrane w 25. dniu miesiąca jest pobierane w pełnej kwocie za cały miesiąc trwający do 31". To niejedyne zastrzeżenie, jakie zgłosiła do banku klientka. "Kredyt był uruchamiany w transzach, ale bank cały czas pobierał pełną kwotę ubezpieczenia. Nawet po uzyskaniu pierwszego wpisu w hipotece bank brał ubezpieczenie tak, jakby ponosił pełne ryzyko. Pomimo kilku wizyt w banku i składaniu kilkunastu reklamacji bank nie chciał oddać nam pieniędzy" - opowiada pani Aurelia.

Czytelniczka złożyła pozew w sądzie. Po pięciu miesiącach Sąd Rejonowy dla Krakowa-Śródmieścia wydał nakaz zapłaty. Bank zachował się o tyle przyzwoicie, że się nie odwoływał i nie przeciągał sprawy, która i tak wyglądała na przegraną. Pani Aurelia i jej mąż otrzymali z powrotem niemałą kwotę, bo aż 1150 zł, z czego duża część to odsetki.

Czytaj też: Krwawa jatka o 43 zł. Klient nie odpuścił i wygrał, a bank kłócił się nawet o ostatnie... 4 zł!

Czytaj też: Wrobili klienta w lewy aneks, ale się nie dał. Przeniósł kredyt i... wygrał w sądzie 1500 zł!

O tym, że warto pisać reklamacje i nie ustawać w staraniach, przekonuje też kolejny czytelnik, klient mBanku. "Jestem posiadaczem karty MasterCard Debit Gold, która gwarantuje darmowe wypłaty z bankomatów. Koszt takiej karty to 9,99 zł miesięcznie, chyba że klient dokona płatności bezgotówkowych na kwotę 2000 zł miesięcznie albo posiada eKonto z jednym z pakietów Intensive, Classic, Active". Mój czytelnik jest posiadaczem właśnie tego ostatniego pakietu, więc nie powinien płacić za kartę. Tymczasem opłatę za plastik, w niemałej wysokości prawie 10 zł, bank pobrał.

"Zadzwoniłem na infolinię, powiedziałem, o co chodzi. Pani na infolinii zgodziła się, że bank popełnił błąd i na drugi dzień 10 zł wróciło na konto. Szybkie załatwienie sprawy, bardzo miło i fajnie, ale... No właśnie, opowiedziałem swoją historię koledze, który zainspirowany przeglądnął historię konta. Okazało się, że od początku roku miał niesłusznie pobieraną prowizję przy niektórych wypłatach z bankomatów. Schemat reklamacji podobny: jeden telefon, krótka rozmowa - 70 zł do zwrotu!".

Czytaj też: Bank zapłaci srogą karę za to, że nie chciał oddać klientowi nadpłaconego ubezpieczenia

Czytaj też: Na dywanik za to, że nie wcisnąłeś klientowi kitu? Tak w bankach motywuje się pracowników

Czytelnik blogu "Subiektywnie o finansach" zadaje proste pytanie: ilu jest takich klientów? A ile z tych osób zauważy, że coś jest nie tak? "Gdyby nie to, że akurat grzebałem na koncie, nie zauważyłbym. Gdyby nie to, że powiedziałem koledze, on pewnie też by nie zwrócił uwagi. Nawet jak ktoś zauważy, nie każdemu będzie się chciało walczyć o 10 zł" - podsumowuje czytelnik. I namawia każdego posiadacza konta, żeby nie odpuszczał walki o nawet małe pieniądze. Bo inaczej banki będą "myliły się" coraz częściej.