Ceny nie wzrosną ale i tak zapłacimy w inny sposób. Jak sieci handlowe mogą przerzucać nowy podatek sklepowy na innych?

Ten podatek miał przywracać sprawiedliwość w oczach tych, którzy jej dotąd nie widzieli. Miał karać duże sieci handlowe, które podobno na taką karę zasługiwały z wielu powodów. Tymczasem tuż po publikacji projektu ustawy o nowym podatku akcje właściciela Biedronki wystrzeliły w górę. Tak jakby to nie on miał te nowe koszty ponosić, tylko ktoś inny. Kto?

Można oczywiście założyć, że wszystkie firmy podlegające podatkowi wezmą go po prostu na siebie i będą go płacić godząc się z nieco niższą rentownością swojego biznesu. Ale świat nie jest idealny i zakładam, że duże sieci handlowe będą chciały przerzucić koszt podatku na kogoś innego. Rząd twierdzi, że podatku na klientów nie da się przerzucić, bo na rynku jest za duża konkurencja i w związku z tym nie da się podnieść cen towarów na półkach. Zgadzam się z tym poglądem – bardzo możliwe, że po wprowadzeniu podatku nic w Polsce nie podrożeje.


Ale sieć handlowa może koszt podatku przerzucać gdzie indziej. Klient jest bezpieczny, ale przecież są jeszcze pracownicy sieci, a także jej dostawcy. Tutaj sieci takie jak Biedronka, Lidl, czy Marcpol mają już znacznie większe pole manewru.


Pracownikom można oczywiście mniej płacić, chociaż bardziej prawdopodobne moim zdaniem jest to, że za te same pieniądze będą musieli więcej pracować. Albo jeszcze bardziej zwiększy się rotację pracowników, żeby wciąż zatrudniać tych początkujących, którym można płacić najmniej.


Najbardziej prawdopodobne jest jednak moim zdaniem przerzucanie kosztów nowego podatku na dostawców. Przewaga dużej sieci handlowej w stosunkach z dostawcami jest nawet większa niż w przypadku podejścia do pracowników. Pracownik, który siedzi na kasie, albo przerzuca towar z palet na półki - taki z niewielkimi kwalifikacjami, zarabiający płacę minimalną - może sobie poszukać pracy gdzie indziej, chociażby w sektorze budowlanym. Przynajmniej w teorii ma jakiś wybór. Istnieje też teoretyczne ryzyko (niewielkie, ale jednak istnieje) związane z Inspekcją Pracy, groźbą jakiegoś skandalu, utraty dobrego wizerunku itd.


Tymczasem dostawcy nie mogą się odwrócić od sieci, bo to ich najcenniejsi klienci zapewniający im największą część obrotu. Upchnięcie swojego towaru na półce w dużym popularnym sklepie może oznaczać dla producenta tego towaru większą gotówkę niż obecność w kilkudziesięciu małych sklepikach osiedlowych.


Dlatego dostawcy walczą o miejsce na półce w popularnych marketach, a walcząc o to konkurują między sobą. To z kolei pozwala sieciom narzucać im swoje warunki. Bardzo ważny jest tu na przykład czas, w którym sieć rozlicza się z dostawcami. Już dziś często producenci muszą długo czekać na gotówkę z sieci za towar, który sprzedał się dawno temu. Najprostszy sposób na przerzucenie kosztów nowego podatku na dostawców, to jeszcze bardziej wydłużyć ten czas oczekiwania.

Dla sieci, która przetrzymuje gotówkę ten czas przelicza się na konkretne oszczędności, bo dysponując tym kapitałem może w mniejszym stopniu korzystać z kredytów obrotowych i linii kredytowych w bankach. Bankom trzeba płacić odsetki. Dostawcom nie trzeba.

Oczywiście są sieci lepsze i gorsze, dla lepszych dostawca jest w stanie wycierpieć więcej, dla gorszych niekoniecznie. Są też dostawcy dysponujący lepszym (ale przez to droższym) towarem i ci z towarem gorszym (najtańszym). Ci lepsi mają większe pole manewru - mogą w razie potrzeby ciąć koszty i rezygnować z jakości, ci gorsi nie mają żadnego pola manewru, mogą co najwyżej zbankrutować. Ostatecznym efektem wprowadzenia podatku od sprzedaży w sieciach może być więc to, że to dostawcy będa musieli ciąć koszty. W efekcie na półkach sklepowych zostanie głównie towar o niższym koszcie produkcji - tańszy. Bo tylko na takim dostawca będzie w stanie nadal coś zarobić. Tańszy oznacza oczywiście niższą jakość. Czyli nowy podatek może w końcowym rozrachunku przełożyć się na więcej wody w kiełbasie, mniej sera w serze, pieczywo, którego nie da się jeść po godzinie od zakupu i więcej przypadków typu rtęć w rybie. Konieczność oszczędzania na jakości, żeby nie wypaść z rynku siłą rzeczy prowadzi do takich sytuacji. 

W ten sposób i tak ostateczny koszt nowego podatku poniosą konsumenci. Tylko, że przerzucającym nie będzie sklep a producent, a problemem nie będzie wyższa cena, tylko gorsza jakość.