John Chambers, szef Cisco, nie jest "zwierzęciem medialnym", takim jak Bill Gates, założyciel Microsoftu.
- Nie mam ego, które trzeba by było zaspokajać - mówi o sobie. Cichy i skromny, znajduje jednak uważnych słuchaczy. Nie byle jakich: prezydenta USA Billa Clintona, prezydenta Chin Jianga Zemina i premiera Wielkiej Brytanii Tony'ego Blaira.
Wszyscy oni poprosili Chambersa o prywatne konsultacje. Wiedzieli, co robią: od dłuższego czasu o szefie Cisco mówi się nie inaczej jak "Pan Internet".
Chambers jest powszechnie uważany za jednego z największych wizjonerów rozwoju sieci. Już wiele lat temu prorokował, że e-commerce stanie się kołem zamachowym całych gospodarek narodowych. Wtedy, na początku rozwoju Internetu, nikt nie brał jego słów na poważnie. Teraz wszystko, co powie, jest traktowane niemal jak słowa Ewangelii.
Biblijne porównanie jest tym bardziej na miejscu, że Chambers - posiadacz miliarda dolarów w akcjach Cisco - pracuje niczym mnich: w małym biurze o powierzchni 12 metrów, bez okna i za "jedyne" 300 tys. dolarów rocznie pensji. Tyle samo zarabia menedżer średniego szczebla w Microsofcie.
Jedyną ekstrawagancją, na którą Chambers sobie pozwolił, jest samolot - turboodrzutowy Dassault Falcon, dzięki któremu może pilnować interesów firmy na całym świecie, przejmować 20 mniejszych firm rocznie i znajdować kolejnych wyznawców "Nowej gospodarki", religii XXI wieku. - Wzrost wydajności pracy dzięki Internetowi podniesie poziom życia wszystkich ludzi na ziemi; poprzednia rewolucja przemysłowa poprawiła go tylko 20 proc. ziemian - zapowiada Chambers.