Przez kilka dekad Japonia uchodziła w świecie za najbardziej zamknięty rynek samochodowych. Strzegła swe koncernów motoryzacyjnych przed naporem zagranicznych rywali, a jednocześnie popychała je do bezlitosnej ekspansji za granicą. Dziś to już przeszłość. Recesja na rodzimym rynku i zapaść na rynkach Azji Południowo-Wschodniej gwałtownie pogorszyły sytuację finansową wielu japońskich gigantów. Wymusiło to w ostatnich dwóch, trzech latach istną lawinę sojuszy w branży motoryzacyjnej Kraju Kwitnącej Wiśni.
Tegoroczne targi samochodowe w Tokio upływają w cieniu zapowiedzi drastycznej restrukturyzacji Nissana. Przypominają, że wiosną tego roku ten drugi co do wielkości japoński koncern, nie mogąc uporać się ze stratami i długami, zawarł sojusz z francuskim Renault. Za ponad 5 mld dolarów Francuzi przejęli 37 proc. jego akcji i zostali jego największym udziałowcem. W ostatni poniedziałek Carlos Ghosn, menedżer wysłany przez Renault do zarządzania Nissanem, ogłosił publicznie, że Nissan jest źle zarządzany, ma za małą wydajność produkcji i robi nudne auta. W ciągu ostatniej dekady produkcja Nissana zmalała o 600 tys. aut, udział w sprzedaży nowych aut w świecie spadł z 6,1 proc. do 4,9 proc. Francuski menedżer zaproponował zamknięcie w ciągu trzech lat pięciu fabryk w Japonii, zmniejszenie o połowę liczby kooperantów, a przede wszystkim zmniejszenie zatrudnienia o 15 proc., czyli o 21 tys. miejsc pracy. W Japonii, gdzie firmy dają zatrudnienie pracownikom aż do emerytury, taki zamach na miejsca pracy to istna rewolucja. Na razie wpływowe japońskie związki zawodowe akceptują drastyczne plany francuskiego menedżera. Nie wiadomo jednak, czy Japończycy pogodzili się już z myślą, że muszą nauczyć się żyć z bezrobociem.
Inne japońskie koncerny, które powiązały się z zagranicznymi rywalami, łagodniej przeżywają kurację. Jim Miller, reprezentujący interesy Forda w zarządzie Mazdy, ze swoim japońskim kolegą nie zajmował się na konferencji prasowej tak bolesnymi sprawami jak zamykanie fabryk i zwolnienia. Cały czas poświęcił na prezentację nowych modeli: zmodernizowanej Mazdy 323, prototypowego samochodu terenowego.
General Motors najpierw przedstawił prototyp nowego małego auta Y-GM1, zaprojektowanego wspólnie z Suzuki (od 1998 r. GM ma 10 proc. akcji tej firmy). Autko to pojawi się w 2001 r. w salonach Azji.
GM ma też 49 proc. akcji Isuzu. Amerykanie wspólnie z japońskimi koncernami zaprojektowali auto Chevrolet Triax, w którym można wybierać między trzema rodzajami napędu: spalinowym, spalinowo-elektrycznym i elektrycznym. Tak właśnie napędzane pojazdy mogą już niedługo dramatycznie zmniejszyć problemy z zanieczyszczeniem środowiska.
W tym roku w Tokio Toyota pokazuje zaś prototyp pierwszego w świecie minivana z elektryczno-spalinowym napędem na cztery koła. Japończycy z największym zainteresowaniem traktują minivany, auta łączące wygodę samochodu osobowego z funkcjonalnością ciężarówki. Na targach w Tokio można oglądać minivany w formacie mini (jak np. kanciastego malucha Daihatsu E2-U), spore (jak np. Mazdę Neospace, w której dowolnie można przestawiać fotele, a podłogę obniżać lub podwyższać), kończąc na całkiem dużych, jak np. Trajet, nowy minivan koreańskiego Hyundai, który w Tokio ma premierę światową.
Na modzie na minivany chce też zarobić Daewoo. Nie bacząc na własne kłopoty z zadłużeniem, od listopada koreański koncern chce zacząć sprzedawać w Japonii auta Matiz. Aby obniżyć koszty budowy sieci salonów, początkowo Matiz będzie tu sprzedawany tylko poprzez Internet.
Europejskim koncernom, które nowości musiały w tym roku pokazywać już w Genewie i Frankfurcie, inwencja jakby się wyczerpała. Tylko Volkswagen przywiózł kolejny, tym razem małych rozmiarów prototyp samochodu marki Bugatti.