Morawiecki: "PO skonsumowała 160 mld zł z OFE". PiS wokół reformy zbudował własną mitologię

Reforma OFE z 2014 r., zaordynowana przez rząd PO-PSL, była zła, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Tyle, że PiS zbudował wokół niej własną mitologię, której skutki teraz odczuwa. Sam zresztą stworzył pomysł na "dobicie" OFE, którym zdecydowanie nie ma się co chwalić.
"Platforma Obywatelska skonsumowała 160 mld zł z OFE. Wchłonęła środki do budżetu, jednocześnie tworząc sobie ekstraprzestrzeń budżetową. To bardzo łatwy ruch z punktu widzenia rządzących. Dużo trudniej jest zaaplikować odpowiednie instrumenty analizy danych, big data, narzędzia informatyczne, które pozwolą skutecznie zwalczyć patologie energetyczne Polski od Rosji, wyzwania klimatyczne, poprawa jakości służby zdrowia i edukacji, załatwianie wszelkich spraw urzędowych przez internet"

- takie słowa w wywiadzie w najnowszym numerze "Do Rzeczy" wypowiada premier Mateusz Morawiecki. Słowa o "konsumpcji" pieniędzy z OFE są i tak delikatne, bo nieraz już ze strony przedstawicieli Zjednoczonej Prawicy padały słowa o "kradzieży" tych pieniędzy.

A co konkretnie stało się w 2014 r.? Rząd PO-PSL zdecydował o umorzeniu obligacji rządowych, które znajdowały się w portfelach OFE. Było tego ok. 153 mld zł. Obligacje to niejako pożyczka zaciągnięta przez państwo. Rząd Donalda Tuska zamiast ten dług spłacić (wykupując obligacje w terminie), postanowił sobie go ordynarnie wygumkować, poprawiając tym samym stan finansów państwa. Równowartość umorzonych obligacji z OFE każdego uczestnika zapisał natomiast na subkontach w ZUS. Innymi słowy, zamienił dzisiejsze zobowiązania - jawny dług publiczny - na przyszłe zobowiązanie ZUS (czy szerzej - przyszłych rządów i pokoleń). Zobowiązanie do wypłaty emerytury wyliczonej na podstawie tego, co na koncie i subkoncie w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych się uzbierało.

Z pewnością sytuacja, w której rząd bez pytania przekłada masę pieniędzy (niby publicznych, ale jednak "naszych", bo gromadzonych z naszych składek emerytalnych) z jednego miejsca w drugie, jest karygodna. Nawet jeśli jednocześnie te środki nadal pozostały dziedziczne (środki na subkoncie w ZUS są dziedziczne).

Z drugiej strony - przepraszam za złośliwość - każdy przedstawiciel obecnego rządu, wyspecjalizowanego wszak w poszukiwaniu pieniędzy m.in. w mafiach VAT-owskich, i szczycący się (tak jak premier w cytacie powyżej) rozwijaniem możliwości załatwiania spraw przez internet, z pewnością zamiast mówić o "zabraniu pieniędzy przez PO" potrafiłby na swoim subkoncie w ZUS (wgląd w niego jest możliwy w ramach Platformy Usług Elektronicznych ZUS) znaleźć zapis środków z OFE z reformy w 2014 r.

15 proc. opłaty jest OK?

Skoro przeniesienie 100 proc. wartości środków z jednego miejsca w drugie - nawet jeśli przymusowe i podyktowane koniecznością zbijania puchnącego długu publicznego - nazywa się "kradzieżą" (np. Jarosław Gowin) czy "zabieraniem pieniędzy" i "grabieżą" (wiceminister funduszy polityki regionalnej Waldemar Buda dwa tygodnie temu w Sejmie), to trudno znaleźć proporcjonalne słowa dla przeniesienia tylko 85 proc. pozostałych środków z OFE na IKE w ramach domyślnego przebiegu reformy zaproponowanej przez obecny rząd (pozostałe 15 proc. zostanie ucięte w ramach "opłaty przekształceniowej").

Alternatywnie będzie można zadeklarować przelew wszystkich środków z OFE na konto w ZUS - chociaż aż dziw, że rząd zaproponował również takie możliwe rozwiązanie, skoro podobny ruch sześć lat temu był "grabieżą". Ba, w 2014 r. przynajmniej przelano te pieniądze na subkonto, podlegające dziedziczeniu. Teraz takiej możliwości nie będzie - środki będą mogły trafić wyłącznie na "główne" konto w ZUS, gdzie środki nie są dziedziczone.

Czytaj też: Likwidacja OFE. Najbardziej mętnym punktem jest opłata 15 proc., ale pułapek jest więcej

Reforma zła, ale jej nie cofnięto

Co do tej "konsumpcji 160 mld zł z OFE" przez PO i stworzeniu sobie "ekstraprzestrzeni budżetowej", o której mówi premier Morawiecki, też warto być ostrożnym. Rząd PiS - ten sam, który potrafił m.in. cofnąć podwyżkę wieku emerytalnego zaordynowaną przez PO-PSL - o cofnięciu "kradzieży z OFE" z 2014 r. czy odtworzeniu sytuacji sprzed tej reformy nie wspominał. Dlaczego? Bo w ten sposób postawiłby się w bardzo trudnej sytuacji budżetowej.

Dług publiczny do PKB oscylowałby wokół konstytucyjnego poziomu 60 proc., który wymuszałby zaciskanie pasa, a nie wprowadzanie programów społecznych jak np. 500 plus. A tak można było upiec dwie pieczenie na jednym ogniu - jednocześnie krytykować poprzedni rząd za reformę i korzystać z jej skutków dla finansów państwa. Przynajmniej w części rząd PiS więc przyłączył się do "konsumpcji" środków z OFE.

"Ekstraprzestrzeń budżetowa" w wykonaniu Morawieckiego

W ogóle zarzucanie poprzednikom tworzenia "ekstraprzestrzeni budżetowej" akurat przez Morawieckiego kojarzy się z przyganianiem garnkowi przez kocioł. On i jego rząd tylko w tym roku przy sklejaniu budżetu na 2020 r. skorzystał z kilku - znów cytat z premiera - "bardzo łatwych ruchów z punktu widzenia rządzących".

Bo jak inaczej nazwać tę nieszczęsną opłatę przekształceniową w OFE w sytuacji, gdy naprawdę całą reformę można by przeprowadzić inaczej, bez podbierania kilkunastu miliardów złotych? 

Albo jak inaczej niż "bardzo łatwym ruchem" nazwać wypchnięcie wypłaty trzynastek dla emerytów do Funduszu Solidarnościowego (jeszcze niedawno funduszu przeznaczonego wyłącznie na wsparcie osób niepełnosprawnych) tylko po to, żeby tych kilkanaście miliardów złotych (a z czternastkami w 2021 r. łącznie grubo ponad 20 mld zł) nie wpływało na poziom deficytu budżetowego, a tym samym kluczową dla finansów publicznych stabilizacyjną regułę wydatkową?

W tworzeniu "ekstraprzestrzeni budżetowej" rząd Morawieckiego zdecydowanie nie odstaje więc od poprzedników.

Czytaj też: Zrównoważony budżet to kreatywna księgowość. Morawiecki poupychał deficyt po kątach

>>> Co się stanie z naszymi pieniędzmi z OFE?

Zobacz wideo

"Kradzież" odbija się czkawką

Swoją drogą, podkręcanie przez PiS wagi reformy OFE z 2014 r. - złej, ale nie demonicznej - wydaje się partii rządzącej trochę odbijać czkawką przy wdrożeniu Pracowniczych Planów Kapitałowych. Mimo, że jest to program dobry, poziom partycypacji w pierwszym etapie był niższy od oczekiwań. Aż ok. 60 proc. osób stwierdziło, że nie chce odkładać na PPK.

Prezes Polskiego Funduszu Rozwoju i współtwórca PPK Paweł Borys powtarza, że największym problemem jest właśnie przekonanie Polaków, że nikt im pieniędzy z PPK nie zabierze "jak z OFE". Być może gdyby już kilka lat temu PO, a potem PiS, wyraźniej pokazywały, gdzie są pieniądze z OFE, teraz PPK ufałoby więcej Polaków.