Donald Trump się nie zatrzymuje. W środę, minutę po północy czasu wschodnioamerykańskiego (w Polsce 6:01) w życie weszły nowe, jeszcze wyższe cła na import towarów z Chin. Do obowiązującej już stawki 34 procent Biały Dom dorzucił kolejne 50 procent. To swego rodzaju "zemsta" Trumpa za wcześniejsze działania odwetowe ze strony Pekinu. W sumie od początku 2025 roku "karne" podatki nałożone przez USA na towary z Chin wzrosły do 104 proc.
Taryfy uderzą zarówno w amerykańskich konsumentów, którzy zapłacą więcej za produkty sprowadzane z Państwa Środka, jak i na chińskich eksporterów. Eksperci ostrzegają, że nowa odsłona wojny handlowej może zakłócić globalne łańcuchy dostaw. Uderzy też bezpośrednio w wiele amerykańskich firm, które produkują w Chinach swoje urządzenia lub też sprowadzają z tego kraju gotowe komponenty. Jednym z takich producentów jest Apple.
Apple od lat polega na chińskich fabrykach do produkcji swoich flagowych produktów. Szacuje się, że ok. 90 procent iPhone'ów jest montowanych w Chinach. Kluczowi partnerzy, jak Foxconn czy Pegatron, posiadają tam ogromne zakłady produkcyjne, w których montowane są nie tylko iPhone'y, ale również pozostałe urządzenia Apple. Produkcja w tym regionie zapewnia nie tylko odpowiednią skalę, ale i efektywność, dzięki łatwemu dostępowi do komponentów i wykwalifikowanej siły roboczej.
Nałożenie 104-procentowych ceł oznacza podwojenie kosztów importu gotowych urządzeń do USA, co przełoży się na wyższe ceny dla klientów. Jak wynika z wyliczeń serwisu Digital Trends, cena najtańszego iPhone'a 16e w USA mogłaby poszybować w górę z 599 do 1 222 dolarów. Z kolei za kosztującego obecnie 1 599 dolarów iPhone'a 16 Pro Max trzeba byłoby zapłacić - bagatela - 3 262 dolarów.
Oczywiście do tego rodzaju wyliczeń należy podchodzić z pewnym dystansem. Część analityków wskazuje, że wzrost cen byłby prawdopodobnie nieco łagodniejszy. Po drugie, trudno sobie wyobrazić, że Apple w całości przeniesie wzrost kosztów produkcji na klientów. Marża brutto na sprzedaż iPhone'ów wciąż wynosi średnio od 45 do 50 proc. Firma z Cupertino może więc pozwolić sobie na jej zmniejszenie.
Wreszcie, nie sposób jest oszacować, ile po podwyżkach za nowe iPhone'y zapłacimy w Polsce. Cena tych urządzeń w naszym kraju zależna jest bowiem od szeregu dodatkowych czynników, takich choćby aktualny kurs dolara. Jedno jest pewne: urządzenia Apple podrożeją również i nad Wisłą i to nie o kilka, ale kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt procent.
W odpowiedzi na taryfy Apple rozważa przeniesienie części produkcji do innych krajów, takich jak Indie czy Wietnam. Sęk w tym, że proces przenoszenia produkcji jest czasochłonny i kosztowny, a nowe lokalizacje mogą nie dysponować odpowiednią infrastrukturą, technologicznym know-how oraz wykwalifikowaną siłą roboczą na poziomie porównywalnym do Chin. Do tego dochodzi fakt, że Wietnam także został objęty bardzo wysokimi cłami (46 proc). I choć rząd w Hanoi zaproponował już Donaldowi Trumpowi przejście na obopólne zerowe stawki celne, to Biały Dom - póki co - z tej propozycji nie skorzystał.
Zdecydowanie lepszym kierunkiem wydają się Indie. Firma już od kilku lat inwestuje w rozwój produkcji w kraju, który postrzegany jest jako potencjalna alternatywa dla Chin. Niestety, Indie również znalazły się na celowniku nowej polityki handlowej USA – administracja Trumpa zapowiedziała objęcie tego kraju cłami w wysokości 27 procent.
To poważnie komplikuje plan Apple na uniezależnienie się od Chin. Choć zakłady montażowe w Indiach są coraz bardziej nowoczesne i gotowe na większą skalę produkcji, to dodatkowe obciążenia celne znacznie obniżają opłacalność tego rozwiązania. Co więcej, infrastruktura i logistyka w Indiach wciąż ustępują chińskim odpowiednikom, co oznacza, że pełne przeniesienie produkcji zajęłoby lata.
CEO Apple, Tim Cook, wielokrotnie podkreślał, że nałożenie ceł na produkty firmy negatywnie wpłynie na jej konkurencyjność oraz amerykańskich konsumentów. Cook argumentował, że iPhone'y są produkowane w wielu krajach, a cła uderzą w globalny łańcuch dostaw, prowadząc do wzrostu cen dla konsumentów.
Cook odniósł się również do wracających co jakiś czas pomysłów, aby firma przeniosła swoją produkcję do USA. Jeszcze w 2017 roku argumentował, że przewaga Chin wynika nie tylko z kosztów pracy, ale przede wszystkim z koncentracji wysoko wykwalifikowanych pracowników w zaawansowanych technologiach i narzędziach.
Chiny mają przewagę w zakresie wysoko wykwalifikowanej siły roboczej i zaawansowanych technologii, które są trudne do znalezienia w innych miejscach
- wyjaśniał Cook. Produkcja takich urządzeń jak iPhone wymaga ogromnego zaplecza technologicznego i wyspecjalizowanej kadry inżynierów oraz monterów - zasobów, które w takiej skali są obecnie dostępne niemal wyłącznie w Azji. Przeniesienie produkcji do Stanów Zjednoczonych nie tylko wiązałoby się z gigantycznymi inwestycjami, ale również oznaczałoby znaczny wzrost kosztów pracy i wydłużenie cyklu produkcyjnego.
Co więcej, wiele komponentów i tak musiałoby być importowanych, co nie rozwiązałoby problemu ceł. Wynika to choćby z faktu, że Chiny kontrolują obecnie znaczną część globalnego rynku metali ziem rzadkich, które są niezbędne do produkcji półprzewodników.