Panie Aneta Zadroga i Anna Chodacka rozmawiają z socjologiem Mateuszem Tułeckim, wykazując (usiłując się wykazać?), jak bardzo społeczność internetowa nie przystawała do panującej powszechnie żałoby narodowej . W sprzedaży sieciowej pojawiły się od razu zegary z podobizną pary prezydenckiej, z przestrzeni sieciowej wywodziły się protesty przeciwko pogrzebowi na Wawelu, na forach pojawiały się kłótnie.
Owszem, w sprzedaży sieciowej pojawiły się zegary, sprzedawano domeny o atrakcyjnych i "na czasie" adresach - nie sposób temu zaprzeczyć a i mnie również zdumiał zasięg naszej polskiej przedsiębiorczości. Pomysłowość nie ograniczała się jednak wyłącznie do Sieci; to nie tak, że w złym Internecie żerowano na tragedii, a świat realny pogrążony był w realnej żałobie . Same autorki przytaczają przykład sprzedaży wejściówek na Rynek Główny w Krakowie.
Ja również rozmawiałam wówczas z kilkoma ekspertami (z dziedziny psychologii), którzy zgodnie przyznali, że zjawisko chęci wyciągnięcia dla siebie sporych acz niespodziewanych korzyści w sytuacji wątpliwej moralnie jest całkowicie uzasadnione i po prostu ludzkie. Nawet socjolog, z którym przeprowadzany był wywiad, stwierdził:
W obliczu ogromnej tragedii funkcjonujące w ten sposób mechanizmy są rażące dla większości społeczeństwa i przez samych internautów odbierane najczęściej negatywnie.
Dlaczego negatywnie? Bo internauci to my. Nie ma żadnego sztucznego podziału na "My kryształowo czyści" i "Oni w ciemnej masie Internetu". Przypuszczam, że zdecydowana większość z nas co najmniej skrzywiła się widząc podobne przejawy "przedsiębiorczości".
Autorki artykułu podpytują socjologa dalej
Protesty przeciwko pochówkowi na Wawelu również wyszły z sieci. Niektóre pojawiły się od razu i były bardzo dosadne...
Moim zdaniem było wręcz odwrotnie. Nie można przecież powiedzieć, że internauci to odrębna rasa, inny gatunek człowieka, który nie ma prawdziwego życia a jedynie spiskuje w Sieci. To "w realu", w prawdziwym człowieku , w naszym sąsiedzie a może i w nas samych pojawiła się myśl - "Ale dlaczego na Wawelu? Czy gdyby nie zginął tak tragiczną śmiercią także zostałby tam pochowany?".
Jeśli taka myśl zagościła komuś w głowie, to naturalną pobudką było podzielenie się nią ze społecznością internetową, a tym samym poszczególne głosy zlały się w krzyk. Nie należy z tego jednak wyciągać wniosku, że "protesty przeciwko pochówkowi na Wawelu wyszły z sieci". One przyszły do sieci. A przyszły do sieci z "realu" ; z realnego, prawdziwego świata, powodowane potrzebą realnych, prawdziwych ludzi.
Ostatnie pytanie wywiadu brzmi:
Na różnego typu forach tuż po tragedii pojawiły się kłótnie. Często dość dosadne, a nawet wulgarne. Czy w sieci łatwiej zapomnieć o tragicznych wydarzeniach, które miały miejsce w rzeczywistości?
Owszem, pojawiły się kłótnie - decyzja o pochowaniu zmarłego prezydenta na Wawelu podzieliła Polaków. Podzieliła nas . Ale z drugiej strony przed jej ogłoszeniem w Sieci wyrażaliśmy w większości spójne opinie - żal, smutek, zaskoczenie ogromem niespodziewanej tragedii. Tuz po katastrofie także pojawiały się głosy niesmaczne i nie na miejscu. Ale moim zdaniem ginęły one wśród wpisów kondolencyjnych i stonowanych.
Nie rozumiem, jaki miał być cel tworzenia tych antagonizmów. Może zresztą nie był on zamierzony, ale taki pozostawia wydźwięk. Psycholog społeczny, dr Łukasz Jochemczyk, z którym wówczas rozmawiałam , stwierdził
Internet jest postrzegany jako przestrzeń anonimowa, więc sądzę, iż żałoba internautów jest szczera. W końcu nie zmusza ich do niej nic poza spontanicznym impulsem.
Tworzenie linii demarkacyjnych nie zawsze jest fortunne . Niekiedy prowadzi w ślepą uliczkę. Tak jak w tym wypadku; gdy zapomni się, że internauci to właśnie My. Nie "Oni".
Joanna Sosnowska