W Australii busz płonie regularnie, tej wiosny jednak pożary przyszły wyjątkowo wcześnie i mają większą niż zwykle skalę. Żywioł od kilku dni szaleje w Nowej Południowej Walii, najbardziej zaludnionym stanie, płoną m.in. przedmieścia Sydney. W regionie ogłoszono stan wyjątkowy.
Pożary w Australii. Fot. Darren Pateman / AP Photo
Sytuacja jest bardzo trudna. Temperatury są wysokie - we wtorek miały sięgnąć 37 stopni Celsjusza. Do tego dochodzi silny wiatr, rozniecający ogień i utrudniający strażakom walkę. Dla części mieszkańców na ewakuację jest już za późno, bo w obecnych warunkach, kiedy w niektórych rejonach pożary odcięły drogi ucieczki, wiązałoby się to z jeszcze większym ryzykiem.
Komisarz straży pożarnej Shane Fitzsimmons wyjaśniał we wtorek dziennikarzom, że w wielu zagrożonych pożarem miejscach drogi są bardzo wąskie i kręte, dlatego mieszkańcom zalecano jak najwcześniejsze opuszczenie domów.
"Ostatnią rzeczą, którą chcemy zrobić, jest zarządzanie masowymi ewakuacjami na dość trudno dostępnych obszarach i podejmowanie ryzyka, że na zatłoczonych drogach zobaczymy potem ludzi, którzy spłonęli w samochodach" - cytuje jego słowa agencja Associated Press.
Jest już za późno, by opuścić większość z tych rejonów i szukanie schronienia jest teraz jedyną opcją w miarę zbliżania się ognia
- dodał Shane Fitzsimmons.
W wyniku fali pożarów od piątku zginęły jak dotąd trzy osoby, spłonęło ponad 150 domów, zamknięto ponad 600 szkół.
Pożary w Australii. Dan Himbrechts / AP
Wcześniejsze niż zwykle pożary zaskoczyły Australię. "Sezon" na nie jest najwyższy w czasie lata na półkuli południowej. W tym roku zaczął się wcześniej, bo już wiosną. Ale też zima była wyjątkowo ciepła i sucha, a przez ostatnie trzy lata część stanów Nowa Południowa Walia i Queensland - tam, gdzie teraz płonie busz - nawiedzała susza. Według naukowców, mogło to być spowodowane zmianami klimatu.
Trudno wprawdzie już teraz z pełnym przekonaniem stwierdzić, że akurat za skalę obecnych pożarów w Australii odpowiada kryzys klimatyczny. Eksperci jednak podkreślają, że podstawy, aby tak myśleć, są mocne.
Ostatnio opublikowano dowody na to, że suche zimy, które mamy i coraz wcześniej rozpoczynający się sezon pożarów są bezpośrednio związane ze zmianami klimatu
- mówił australijskiemu nadawcy SBS profesor Ross Bradstock, który zajmuje się monitorowaniem pożarów buszu. Rosnące temperatury - także w Australii - przyczyniają się do tego, że regularne zjawiska stają się coraz bardziej ekstremalne.
Kwestia ta wywołała w ostatnich dniach w Australii walkę na słowa. Premier kraju, Scott Morrison, odmówił odpowiedzi na pytanie na temat zmiany klimatu. - Moje myśli są dziś jedynie przy tych, którzy stracili życie oraz ich rodzinach - powiedział. Agencja Reutera podkreśla, że konserwatywny premier jest "głośnym zwolennikiem australijskiego przemysłu węglowego". Część mieszkańców kraju zgadza się z premierem, ale Reuters cytuje też burmistrz miasta Glen Innes, gdzie w weekend zmarły trzy osoby: - Rząd mówi, że to nie jest czas, żeby mówić o zmianie klimatu - kompletnie się nie zgadzam, powinniśmy byli o tym mówić lata temu - uważa Carol Sparks.
Coraz większy problem z pożarami ma też Kalifornia, gdzie do tragicznych w skutkach pożarów przyczynia się dodatkowo przestarzała infrastruktura: