Niewiarygodne: Facebook płacił za oczernianie Google

Wynajmowanie firmy PR, której zadaniem jest rozpowszechnianie negatywnych pogłosek, historie w gazetach oczerniające koncern - brzmi jak scenariusz kiepskiego filmu? A nie powinno. Facebook wynajął specjalną firmę, której jedynym celem było wywołanie niepochlebnych opinii o Google.
Mark Zuckerberg

Między Facebookiem a Google sytuacja jest napięta już od kilku dobrych miesięcy. A jednak informacja, ujawniona przez serwis The Daily Beast jest tak zaskakująca, że aż niewiarygodna.

Marketing szeptany

Oto Facebook, największy i najpopularniejszy na świecie serwis społecznościowy, z którego miesięcznie korzysta ok. 600 milionów osób, płaci agencji Burson-Marsteller, zajmującej się PR-em, aby ta podsyłała mediom historie mające na celu podniesienie wątpliwości co szanowania przez Google zasad prywatności użytkowników. Jak czytamy w serwisie The Daily Beast

Burson zaoferował się nawet, że pomoże wpływowemu blogerowi napisać oczerniający Google tekst, a następnie będzie go promować w The Washington Post, Politico i The Huffington Post.

Cała sprawa wyszła na jaw, gdy bloger odrzucił propozycję agencji PR i opublikował w Internecie maile otrzymywane od Burson-Marsteller.

Rzecznik Facebooka przyznał, że agencja Burson-Marsteller została wynajęta przez nich. Okazuje się, że Facebook podejrzewa iż plany Google dotyczące mediów społecznościowych budzą poważne podejrzenia. Drugim powodem jest to, że

Facebook nie może ścierpieć myśli, że Google usiłuje wykorzystać facebookowe dane do stworzenia własnego serwisu społecznościowego

jak czytamy ponownie na Daily Beast.

Wojna gigantów

Fot. Phawker.com
Fot. Phawker.comFot. Phawker.com

Historia konfliktu rozpoczęła się już dawno temu. Właściwie można zacząć ją datować od czasu fenomenalnego wzrostu Facebooka, któremu z własnej woli powierzamy prywatne (i bezcenne) dane, takie jak kim jestem, kim są moi znajomi, co lubię, co mnie interesuje. Informacje te są wykorzystywane przez serwis w najprostszy możliwy sposób - na ich podstawie tworzone są spersonalizowane pod naszym kątem reklamy.

Informacjami takimi nie dysponuje w żaden sposób Google. Koncern nie ma dostępu do informacji o moich upodobaniach czy kręgu znajomych. Google na różne sposoby próbuje zaangażować użytkowników w społeczność własnego pomysłu, ale jak do tej pory - bez większego powodzenia. Usługa Buzz podczepiana pod popularną pocztę Gmail nie odniosła sukcesu i po początkowym - nomen omen - buzzie nie ma już ani śladu. Kolejną próbą poznania naszych preferencji było wprowadzenie w wyszukiwarce przycisku +1 , odpowiednika facebookowego Like. W ten sposób chce się dowiedzieć, jakie treści najbardziej interesują nas w Internecie. Sam szef Google, Larry Page, zapowiedział niedawno swoim pracownikom, że ich podwyżki uzależnione są od sukcesu koncernu w sferze społecznościowej . To jednak wyłącznie zaplecze "ideologiczne" sporu.

Prawdziwy konflikt rozgorzał w listopadzie ubiegłego roku, kiedy to Google zablokował możliwość importowania na Facebooka kontaktów z Gmaila .

"Bo użytkownik jest najcenniejszy"

To Google rozpoczął spór o kontakty twierdząc, że może udostępniać własną bazę danych, jeśli inny serwis odwzajemni się tym samym. Innymi słowy - wymiana musi dokonywać się dwutorowo, a nie jak do tej pory w przypadku Facebooka - wyłącznie w jednym kierunku. Google tłumaczył, że powodowany jest troską o użytkownika, który powinien mieć prawo "wydostania" swoich danych z różnych serwisów.

powołany został zespół do spraw wyzwolenia danych, który zajmuje się tworzeniem narzędzi do eksportu i importu danych. Nie jesteśmy sami w tym podejściu, wiele innych serwisów pozwala łatwo importować i eksportować całość danych użytkownika łącznie z kontaktami. Ale serwisy takie jak Facebook, które na to nie pozwalają, pozostawiają swoich użytkowników w ślepej uliczce.

Ładnie napisane, prawda? Równie sprytnie tłumaczy się Facebook z decyzji o nieudostępnianiu danych użytkowników.

Najważniejszą zasadą Facebooka jest to, że każdy użytkownik posiada i kontroluje własne informacje. Każda osoba znajduje się w posiadaniu listy znajomych, ale już nie informacji o nich. Nikt nie ma prawa masowego eksportu prywatnych adresów e-mailowych znajomych, podobnie jak nie ma prawa masowego eksportu wszystkich prywatnych albumów swoich przyjaciół.

Ile za użytkownika?

Ujawniona obecnie afera obraca się ponownie wokół użytkowników, udostępnianych przez nich danych i pieniędzy jakie można na nich zarobić. Facebook twierdzi, że serwis społecznościowy Google'a będzie działał na podobnej zasadzie jak Google News, czyli agregował dane użytkowników z innych serwisów (czytaj: Facebooka). A - jak podkreśla rzecznik największego serwisu społecznościowego świata  - takie postępowanie narusza warunki usługi. Nie należy zakładać dobrej wolo Google i negować takich podejrzeń. Koncern już wielokrotnie udowodnił, że lubi "pożyczać" treści i rozwiązania należące do innych (na przykład przy projekcie Search Book). Nie to jest jednak tym razem najważniejsze.

Gra toczy się więc o drogocenne dane użytkowników; nasze dane. I - jak widać - na wojnie wszystkie chwyty są dozwolone. Branżowy serwis TechCrunch podsumowuje, że postępowanie Facebooka jest "nieszczere, tchórzowskie, obraźliwe, ale przede wszystkim - głupie".

Więcej o: