Niezależnie, czy ktoś popiera strajk nauczycieli czy nie - każdemu należy się rzetelna wiedza dotycząca tego, jakie podwyżki są przez pedagogów oczekiwane. W dyskusjach często pojawiają się kwoty 1000 zł czy - po obniżeniu oczekiwań związkowców - np. 720-730 zł dla nauczyciela stażysty czy 990 zł dla nauczyciela dyplomowanego. Te wszystkie kwoty mogą być nieco mylące. Chcemy więc pokazać, co kryje się za oczekiwaniami nauczycieli. Czy są to kwoty wysokie czy niskie, czy należą się nauczycielom czy nie - to już pozostawiamy do oceny każdego z osobna.
Na początek - oto, ile wynosiły wynagrodzenia nauczycieli na koniec 2018 r. Te kwoty są kluczowe, żeby zrozumieć plan podwyżek ustalony przez rząd oraz to, czego oczekują nauczyciele.
Na koniec 2018 r. minimalne wynagrodzenie zasadnicze nauczycieli (czyli najniższa "goła" pensja, jaką otrzymywali nauczyciele - a większość dostawała właśnie tyle) wynosiła:
Poniżej podajemy też średnie wynagrodzenia nauczycieli na koniec 2018 r. Lubi się nimi posługiwać rząd czy MEN, natomiast ZNP nazywa te kwoty "wirtualnymi", tłumacząc, że są zawyżone, bo zawierają się w nich także takie dodatki dla nauczycieli, które nie każdemu albo nie zawsze przysługują.
Ta kwota to nie jest średnia znana z lekcji matematyki, tylko konstrukcja prawna potrzebna do rozliczania się samorządów z Ministerstwem Finansów i MEN z subwencji oświatowej. Do tej średniej są wliczane wszystkie możliwe dodatki, jakie w całej swojej karierze zawodowej może otrzymać nauczyciel, łącznie z odprawą emerytalną i nagrodą jubileuszową np. za 20 czy 30 lat pracy. Do tej średniej pokazywanej przez MEN są też liczone dodatki np. za godziny ponadwymiarowe czy za pracę w porze nocnej, nawet jeśli nauczyciel takiej pracy nie wykonuje
- tłumaczy w rozmowie z next.gazeta.pl Magdalena Kaszulanis, rzeczniczka ZNP. I dodaje, że dane MEN o średnich wynagrodzeniach działają na nauczycieli "jak płachta na byka".
Pani minister pokazuje np., że średnie wynagrodzenie wynosi 5600 zł, a tymczasem nauczyciel dostaje 2600 zł. Podstawą pensji nauczycieli w całym kraju są wynagrodzenia zasadnicze. Do nich trzeba doliczyć ok. 10-20 proc. w formie dodatków, np. za wychowawstwo, dodatek stażowy, dodatek motywacyjny - w różnej wysokości zależnie od samorządu
- mówi Kaszulanis.
Ale dla absolutnie pełnego obrazu sytuacji podajemy ile wynosiło podawane przez MEN wynagrodzenie średnie na koniec 2018 r.
Jak nietrudno policzyć, tak stawiając sprawę średnie wynagrodzenie nauczyciela stażysty jest wyższe od zasadniczego o 20 proc., a u nauczyciela dyplomowanego aż o 60 proc. To spory rozdźwięk wobec danych podawanych przez nauczycieli.
Od 1 stycznia 2019 r. nauczyciele otrzymali 5-procentowe podwyżki. Od tego momentu do dziś wynagrodzenia nauczycieli są na następującym poziomie (poza wynagrodzeniem zasadniczym podajemy też średnie dla pełnego oglądu sytuacji - choć tak jak pisaliśmy, do tych kwot średnich warto podchodzić z rezerwą):
Na mocy porozumienia MEN z Solidarnością z niedzieli 7 kwietnia, od 1 września 2019 r. pensje nauczycieli mają wzrosnąć o kolejne 10 proc. - licząc od wynagrodzeń na koniec 2018 r. (to ważne - nie od pensji od stycznia br.). Innymi słowy - łącznie od 1 września br., według obietnicy rządu, wynagrodzenia nauczycieli mają być o 15 proc. wyższe w porównaniu ze stanem na koniec 2018 r. Mają wynosić dokładnie tyle:
I teraz kluczowa sprawa. To, czego oczekiwał ZNP i FZZ na początku - czyli podwyżki 1000 zł dla każdego pracownika oświaty - odnosiło się do stanu na koniec 2018 r. To samo tyczy się drugiej, aktualnej propozycji związkowców - czyli podwyżek o 30 proc. Punktem odniesienia dla tych podwyżek również ma być stan wynagrodzeń na koniec 2018 r.
Innymi słowy - MEN podniósł pensje nauczycieli od 1 stycznia o 5 proc., a od 1 września ma je podnieść o kolejne 10 proc. Łącznie o 15 proc. ZNP i FZZ chciałyby podwyżek wyższych - po 15 proc. od stycznia i od września. Łącznie 30 proc.
A to prowadzi do ważnego wniosku. Skoro rząd dał podwyżki o 15 proc. (dokładnie - po części dał, po części obiecał, że da od września), a związkowcy oczekują 30 proc., to obecny strajk toczy się pod względem płacowym o te pozostałe 15 proc.
Być może spotkali się państwo z wyliczeniami, że po podwyżkach 30 proc. (według oczekiwań ZNP i FZZ) wynagrodzenie zasadnicze nauczyciela stażysty wzrosłoby o 720-730 zł brutto, a nauczyciela dyplomowanego o ok. 990 zł brutto. Kluczowe jest jednak aby uświadomić sobie, że te kwoty podwyżek odnoszą się do stanu na koniec 2018 r. A rząd podwyżki w połowie tych kwot dał/obiecał. Strajk toczy się więc o drugą połowę – czyli np. ok. 363 zł brutto dla nauczyciela stażysty do blisko 500 zł dla nauczyciela dyplomowanego.
Oto, na jakim poziomie od września br. kształtowałyby się wynagrodzenia zasadnicze nauczycieli, gdyby otrzymali oni podwyżki o tyle, ile oczekują. Dla klarowności dodajemy też, ile wtedy wynosiłoby wynagrodzenie średnie według metodologii wyliczeń MEN:
I jeszcze obrazowe porównanie tego, ile mają według obietnic rządu wynosić wynagrodzenia nauczyciela od września br., oraz tego, ile by wynosiły, gdyby rząd przystał na oczekiwania ZNP i FZZ (i strajkujących nauczycieli). Jak widać, strajk toczy się raptem o 250-350 zł netto podwyżki wynagrodzenia zasadniczego.
Tyle mówią liczby. Związki zawodowe i nauczyciele zwracają jednak uwagę, że w strajku nie chodzi tylko o pieniądze, ale także m.in. o żal wobec rządu i Ministerstwa Edukacji Narodowej o ignorowanie ich głosu w kwestii sposobu likwidacji gimnazjów i tworzenia nowej podstawy programowej, czy "zmielenie" blisko miliona podpisów pod petycją o referendum ws. likwidacji gimnazjów.
Magdalena Kaszulanis z ZNP tłumaczy, że ze względów prawnych strajk formalnie musi toczyć się o pieniądze, a nie może dotyczyć np. niezgody na reformę.
Aby zorganizować strajk, musimy działać w oparciu o ustawę o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Ta ustawa mówi, że spór można prowadzić z pracodawcą - czyli w przypadku nauczycieli z dyrektorem szkoły, a nie z MEN - w sprawach dotyczących warunków pracy i płacy. Stąd nie można zrobić strajku np. w sprawie reformy, odchudzenia podstaw programowych czy w sprawie godności - bo dziś nauczyciele mówią, że tak naprawdę jest to już kwestia godności. Postulat jest więc jeden i dotyczy on wzrostu wynagrodzenia zasadniczego nauczycieli i innych pracowników
- mówi Kaszulanis.
Gdyby strona rządowa wykazała jakąkolwiek wolę porozumienia już na samym początku, i gdyby ta reforma była wprowadzana przy autentycznym współudziale nauczycieli i uczniów, to do strajku by nie doszło. Niestety, mszczą się lata 2016-2018, trzy lata systemowego i bardzo dobrze zaprogramowanego ignorowania głosu nauczycieli
- komentowała z kolei niedawno strajk w rozmowie z next.gazeta.pl Iga Kazimierczyk, nauczycielka i prezeska Fundacji Przestrzeń dla edukacji.