Brexit. Boris Johnson "okłamał królową"? Sąd Najwyższy sprawdzi, czy zawieszenie parlamentu było legalne

Londyński Sąd Najwyższy we wtorek zacznie odpowiadać na pytanie, czy premier Boris Johnson złamał prawo zawieszając parlament. Jedenastu sędziów zbiera się w trybie nadzwyczajnym, by orzec, czy Boris Johnson zarządził przerwę w obradach na pięć tygodni zgodnie z prawem.

Londyński Sąd Najwyższy do rozpatrzenia ma dwie apelacje. Jedna - od wyroku trybunału w Anglii, który dał rządowi zielone światło, druga - od wyroku sądu w Szkocji, który uznał, że premier działał nielegalnie.
Sąd odpowie na dwa kluczowe pytania. Po pierwsze, czy sędziowie mogą decydować w sprawie zawieszenia prac parlamentu, a może jest to sprawa w zbyt dużym stopniu zanurzona w bieżącej polityce. Po drugie, zakładając, że odpowiedź na pierwsze pytanie jest twierdząca, to: czy sąd w Edynburgu miał rację orzekając, że Boris Johnson złamał prawo zarządzając przerwę w obradach.

Zobacz wideo

Brexit. Sąd w Szkocji uznał, że Boris Johnson zawiesił prace brytyjskiego parlamentu bezprawnie

Sytuacja jest skomplikowana, bo szkocki sąd cywilny najwyższej instancji (Court of Session) orzekł, że zawieszenie prac brytyjskiego parlamentu, wprowadzone przez królową na wniosek Borisa Johnsona, było bezprawne. Sędziowie stwierdzili, że motywacją premiera była jedynie chęć uniknięcia przejęcia kontroli nad sposobem, w jaki przeprowadzany jest brexit. Wyrok jest nie po myśli rządu, dlatego złożono apelację. Johnson od początku zaprzeczał, że przerwa w pracy parlamentu ma z brexitem cokolwiek wspólnego. Argumentował, że czasu na ustalenie warunków rozstania z UE będzie dość, a jego rząd potrzebuje czasu na zajęcie się kwestiami edukacji i zdrowia. I w ten sposób motywował swoją prośbę zwracając się do królowej. 

Szkocki sąd stwierdził jednogłośnie, że premier wprowadził w błąd brytyjską królową. Tym samym orzekł więc, że Boris Johnson okłamał ją, aby uzyskać prorogację

- stwierdził 11 września ekspert cytowany przez "Daily Mirror". 

Z kolei trybunał angielski przyznał premierowi rację i oddalił skargę prawniczki i bizneswoman Giny Miller. Ona więc apeluje, mając nadzieję na werdykt podobny do tego wydanego w Szkocji. Prawdopodobnie rozprawa potrwa maksymalnie do czwartku. Werdykt może sprawić, że parlament powróci wbrew premierowi do obrad.

"Absolutnie nie" - odpowiedział Boris Johnson na pytanie, czy pod koniec sierpnia okłamał królową w kwestii powodów stojących za wnioskiem o zawieszenie prac parlamentu. "High Court [trybunał angielski] wyraźnie się z nami zgadza, ale Sąd Najwyższy będzie musiał podjąć decyzję" - dodał premier Wielkiej Brytanii.

Brexit. Zawieszenie parlamentu będzie trwać najdłużej od 1930 roku

Zawieszenie prac parlamentu to zwykła procedura poprzedzająca początek nowej sesji parlamentu i mowę tronową. Zwykle te wydarzenia mają miejsce, gdy władzę obejmuje nowy rząd lub - jak to było w tym przypadku - premier. W dodatku obecna sesja trwa nadzwyczaj długo jak na współczesne brytyjskie standardy: ponad dwa lata. To dlatego Boris Johnson nazwał oskarżenia o uciszanie parlamentu "totalnym nonsensem". Tyle że przeciwnicy premiera przypominają, że szef rządu nie musiał wcale wyznaczać początku nowej sesji na październik. Przekonują, że tak naprawdę chodziło o to, by posłowie nie mogli kontrolować rządu w kluczowym, brexitowym okresie. Wskazują też na fakt, że tegoroczne zawieszenie będzie trwać najdłużej od 1930 roku.