Ich samolot rozbił się w górach. Zawarli mroczny pakt i przeżyli 72 dni. Bali się potępienia

Ponad 40 osób leciało samolotem z Argentyny do Chile. Błąd pilota sprawił, że rozbili się wysoko w górach - z dala od cywilizacji. Ocaleni podjęli trudne decyzje, które pozwoliły im przetrwać ponad dwa miesiące bez jedzenia.
Grupa rozbitków w Andach, grudzień 1972 rok
Fot. CSU Archives / Everett Collection

Wydarzenia, które na zawsze wpisały się w pamięć osób ocalałych, miały miejsce w Ameryce Południowej w 1972 roku. 13 października należący do Urugwajskich Sił Powietrznych samolot Fairchild FH-227 przewoził amatorską drużynę rugbystów wraz z członkami ich rodzin i znajomymi z Mendozy w Argentynie do Santiago w Chile. Lot odbywał się przez Andy. Na pokładzie było 45 osób łącznie z załogą. Piloci z powodu niekorzystnych warunków atmosferycznych popełnili błąd - myśleli, że zbliżają się do miasta Curico w Chile i mogą bezpiecznie obniżyć wysokość. W rzeczywistości Fairchild FH-227 znajdował się w odległości 60-70 km od miasta i wciąż leciał przez Andy. Silny wiatr spowolnił lot, przez co piloci źle obliczyli swoje położenie.

Gdy maszyna obniżała wysokość nad Andami, uderzyła w górę, przez co straciła skrzydła i ogon. Kilka osób wypadło wtedy z samolotu i zginęło. Następnie samolot opadł i niczym wielkie sanie zjechał po zboczu góry. Lot 571, który odbył się w piątek 13, zakończył się katastrofą, którą początkowo mimo wszystko większość pasażerów przeżyła.

Zobacz wideo Twój lot się nie odbył? Co zrobić w takiej sytuacji? Ekspertka wyjaśnia

Katastrofa w Andach. Samolot się rozbił, ale część pasażerów przeżyła. "Byliśmy więźniami gór"

Spośród 45 osób na pokładzie 12 zginęło przed i podczas kolizji oraz w trakcie lądowania w górach. Kilka kolejnych zmarło pierwszej nocy i następnego dnia z powodu odniesionych obrażeń. Katastrofę przetrwało 27 osób, ale to nie był koniec tragedii. Grupa ocalałych znalazła się w górach na wysokości około 3500 metrów nad poziomem morza. Pasażerowie byli odcięci od świata, wokół były tylko góry, śnieg i lód, a nocami temperatura spadała do -30 stopni Celsjusza. Ich zapasy żywności były bardzo niewielkie - mieli osiem tabliczek czekolady, puszkę małży, trzy słoiki dżemu, puszkę migdałów, kilka daktyli, cukierków i suszonych śliwek oraz kilka butelek wina. Nie mieli leków ani nawet ciepłych ubrań.

Ocaleni żyli nadzieją, że zostaną odnalezieni przez ekipy ratownicze. Faktycznie, następnego dnia służby z Argentyny, Chile i Urugwaju rozpoczęły poszukiwania zaginionego samolotu. Ustalono, że maszyna mogła rozbić się w górach. Co więcej, samoloty poszukiwawcze kilka razy znalazły się nad miejscem katastrofy, ale kadłub, biały niczym śnieg, nie został zauważony. Ocaleni robili więc wszystko, aby zwrócić na siebie uwagę ratowników, m.in. pomalowali wrak szminką, a z walizek ułożyli napis SOS.

Aby przetrwać w skrajnie niskich temperaturach, zasłonili wszystkie otwory w kadłubie. W tym celu wykorzystali m.in. siedzenia i bagaże. Dostępne materiały wykorzystali do ocieplenia prowizorycznego schronienia, a także do wytwarzania koców. Natomiast wodę pitną pozyskiwali ze śniegu. - Byliśmy więźniami gór. Mieliśmy małe radio, które nam uprzytamniało, że świat wciąż istnieje. Słuchaliśmy chilijskiej stacji i słyszeliśmy, że ludzie cieszą się wiosną, podczas gdy my umieraliśmy, wszystko wskazywało na to, że jesteśmy skazani na śmierć. To było bardzo trudne - opowiedział Roberto Canessa, jeden z ocalałych, w wywiadzie udzielonym dla Deutsche Welle.

Samolot rozbił się w Andach. Rozbitkowie wybrali kanibalizm. "Czułem wielkie upokorzenie"

Skromne zapasy jedzenia bardzo szybko się wyczerpały. Ocaleni zaczęli więc jeść przedmioty dostępne we wraku, m.in. skórzane paski z walizek, ale mieli świadomość, że w ten sposób nie przetrwają na dłuższą metę. Dlatego 22 października, dziewięć dni po katastrofie, rozbitkowie podjęli zbiorową decyzję - zaczną jeść zmarłych. Kilka osób zgodziło się wycinać kawałki mięsa nieżyjących, które następnie były suszone na słońcu na dachu wraku. Początkowo większość miała silne opory przed jedzeniem swoich zmarłych towarzyszy. Wszyscy ocaleni byli katolikami, a część obawiała się, że spotka ich za to wieczne potępienie. Jednak z czasem zrozumieli, że w obecnej sytuacji tak naprawdę nie ma innego wyjścia.

- To myśl, która narasta powoli i jest skutkiem głodu. Straszne jest sobie uświadomić, że nasi przyjaciele to tłuszcz i mięso. To jest coś w rodzaju procesu myślowego, podczas którego tracą swoją ważność podręczniki cywilizowanego życia i trzeba iść za zwierzęcym instynktem, zracjonalizować go i przyjąć za swój. Czułem wielkie upokorzenie i wiedziałem, że jest to wielkie naruszenie cywilizowanych zasad. Ale zaakceptowałem też fakt, że nie zrobiłem niczego, co miałbym za złe, gdyby zrobiono to ze mną w takiej sytuacji - tłumaczył Roberto Canessa.

Jednocześnie ocaleni przez cały czas korzystali z radia i słuchali komunikatów. 23 października dowiedzieli się, że akcja ratunkowa w Andach została przerwana - uznano, że nikt nie przeżył katastrofy lotniczej, a poszukiwania ciał miałyby zostać wznowione dopiero w grudniu, gdy w tej części świata wraz z nadejściem lata stopi się śnieg. Niektórzy ocaleni byli przekonani, że jedynym ratunkiem dla wszystkich może być pokonanie gór i szukanie pomocy na własną rękę.

Pierwsze ekspedycje po okolicy wraku pokazały, jak trudne warunki panowały w Andach. Pokonanie krótkiego dystansu było wielkim wyczynem nie tylko z powodu silnych mrozów i ogromnych ilości śniegu, ale też przez chorobę wysokościową, odwodnienie, niedożywienie i ślepotę śnieżną. Jakby tego było mało, 29 października (16 dni po katastrofie) prowizoryczne schronienie zostało zasypane w wyniku lawiny. Osiem osób zginęło na miejscu. Rozbitkowie, wraz z nieżyjącymi towarzyszami, byli uwięzieni pod śniegiem, dopiero po trzech dniach udało im się wybić dziurę w dachu.

Katastrofa lotu w Andach. Rozbitkowie ruszyli po pomoc, pokonali ponad 60 kilometrów

Podczas kolejnych ekspedycji, w których brało udział kilka osób, ocaleni byli w stanie pokonywać dłuższe trasy. 17 listopada, gdy starali się dotrzeć przez góry do Chile, znaleźli porozrzucane w wyniku katastrofy bagaże, w których schowana była żywność, ubrania i papierosy. Natomiast w ogonie samolotu były baterie. W kolejnych dniach rozbitkowie próbowali podłączyć je do radia z kadłuba, aby wezwać pomoc, lecz bezskutecznie.

Na zielono oznaczono trasę, którą pokonali rozbitkowie podczas ostatniej ekspedycji
Na zielono oznaczono trasę, którą pokonali rozbitkowie podczas ostatniej ekspedycjiFot. Createaccount / Wikimedia Commons (CC BY-SA 3.0)

Trzyosobowa grupa ruszyła na zachód, ale już po dwóch dniach zdecydowano, że jeden z uczestników wyprawy wróci do samolotu, aby zapasy jedzenia pozostałej dwójki wystarczyły na dłużej. Finalna ekspedycja przemierzała góry, a 17 grudnia dotarła do doliny. Dwójka ocalałych - Roberto Canessa i Fernando Parrado - znalazła rzekę i napotkała na pierwszą roślinność. Następnego dnia znaleźli pierwsze zwierzęta, a 19 grudnia pierwsze ślady cywilizacji - bydło, ścięte drzewa, podkowę i pustą puszkę po zupie. Dopiero 20 grudnia, po pokonaniu ok. 61 kilometrów, rozbitkowie nawiązali kontakt z innymi ludźmi.

Roberto Canessa i Fernando Parrado po 10 dniach znaleźli pomoc
Roberto Canessa i Fernando Parrado po 10 dniach znaleźli pomocFot. Héctor Maffuche / magicasruinas.com

Po drugiej stronie rzeki zobaczyli kilku mężczyzn, którym wyjaśnili, że ich samolot rozbił się w Andach. Dwójka osób z ostatniej ekspedycji otrzymała pomoc, a jeszcze tego samego dnia grupa rozbitków, która oczekiwała na cud we wraku samolotu w górach, dowiedziała się z radia, że ich towarzysze dotarli do cywilizacji. Z powodu bardzo niekorzystnych warunków pogodowych, służby potrzebowały kilku dni, aby zabrać wszystkich ocalałych. Każdego dnia helikoptery zabierały po kilka osób z wraku samolotu do szpitala w Santiago. Ostatni ocaleni zostali uratowani 23 grudnia 1972 roku, po 72 dniach od katastrofy. Przetrwało łącznie 16 osób.

Więcej o: