W niemieckiej fabryce Forda do końca 2027 roku z jedenastu i pół tysiąca pracowników zwolnionych ma zostać prawie trzy tysiące. "To jest problem na dłuższą metę" - mówią strajkujący i dodają: "jesteśmy w stanie niepewności, nie wiemy, jak będzie wyglądać nasza przyszłość. A pracodawca nie podaje szczegółów".
Dlatego znacznie powyżej dziewięćdziesięciu procent związkowców opowiedziało się za strajkiem i fabryka Forda w środę stanęła. Amerykański koncern działa w Niemczech od stu lat, a fabryka w Kolonii ruszyła w 1930 roku. Strajk w zakładach Forda ma potrwać do czwartkowego poranka.
Tylko raz doszło dotąd do strajku, tak zwanego dzikiego, gdy pięćdziesiąt lat temu firma Ford zwolniła trzystu Turków, którzy nie wrócili na czas z urlopów w swoim kraju. Część załogi stanęła spontanicznie w ich obronie. Skończyło się wtedy ostrą interwencją policji. Obecny strajk zaczął się bezkonfliktowo.
Reuters przypomina, że Ford poinformował w listopadzie ubiegłego roku, iż zamierza zwolnić około 14 proc. swoich pracowników w Europie, głównie w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Jedną z przyczyn jest m.in. zbyt mały popyt na pojazdy elektryczne. Poza tym kłopoty z chińską konkurencją i rosnącymi kosztami ma nie tylko Ford. "Producenci samochodów na całym świecie, w tym Volkswagen, Nissan czy GM redukują liczbę miejsc pracy" - podkreśla Reuters.
Zobacz także: Japoński gigant planuje wielkie cięcia. Więcej na ten temat w tekście pt. "Nissan zapowiada restrukturyzację. W planach zamknięcia fabryk oraz zwolnienia grupowe".
Źródła:IAR, Reuters