Labubu robi furorę. Sukces soft power Chin? Zabawka, która może być gamechangerem

Eryk Kielak
- Cywilizacja jest jak woda, która cicho odżywia wszystko - tymi słowami Xi Jinping przemówił na sympozjum na temat dziedzictwa kulturowego w 2023 r. Ta chińska mądrość idealnie oddaje siłę, która kryje się za niepozornie wyglądającą zabawką, robiącą światową furorę.
Aukcja zabawek i figurek Labubu w Pekinie.
Fot. REUTERS/Tingshu Wang

Musimy porozmawiać o Labubu. To prawdopodobnie najbardziej wyrazisty i skuteczny produkt budujący chińskie soft power, z jakim mieliśmy do czynienia. Od lat Chiny zabiegały, by mieć coś, co stanie się światową sensacją i bez przesady o Labubu można tak powiedzieć. Bo spójrzmy na Azję. Japończycy od dziesięcioleci przekonują do swojej kultury dzięki anime i mandze (wspomnieć można, chociażby o serii Naruto lub Dragon Ball), konsoli Nintendo, a także wyrobami kulinarnymi takimi jak sushi, ramen i matcha. Z kolei Koreańczycy przekonują do siebie muzyką K-Pop, filmami jak nagrodzony Oscarem Parasite oraz serialami np. szalenie popularnym Squid Game. A Chiny? Poza marką Shein i TikTokiem, które kojarzą się niejednoznacznie, zostały w tyle. Aż do teraz. 

Zobacz wideo Nikt nie lubi USA, Upadek amerykańskiej soft power

Labubu - kulturowy fenomen. Skąd sie wziął?

Zacznijmy od tego czym Labubu właściwie jest. Otóż są to pluszowe zabawki przypominające elfy lub potwory. Mają włochate futerko i charakterystyczną twarz - swoją drogą wyglądającą dosyć niepokojąco, przez co niektórzy religijni fanatycy zarzucają zabawce "złe moce". Charakterystyczny jest nie tylko ich wygląd, ale też umocowany przy głowie zabawki "zaczep". Dzięki niemu można ją przyczepić np. do torebki, lub w zależności od rozmiarów - do kluczy. Labubu balansuje więc na granicy bycia zabawką oraz elementem garderoby. Na rynku zaczęła się nawet pojawiać biżuteria z Labubu. 

Tym, co jeszcze wyróżnia te chińskie zabawki, jest sposób ich sprzedaży. Kupując Labubu tak naprawdę nie wiemy, jak będzie wyglądał nasz nabytek. Są one bowiem najczęściej sprzedawane w tzw. blind boxach, w których może pojawić się jedna z 300 różnych figurek Labubu podzielonych na tematyczne serie. Wśród nich "limitowane" figurki, które trafiają się raz na kilkadziesiąt opakowań (np. raz na 72).

 

Wspominane wyżej cechy są głównymi powodami, przez które można mówić o "labubumani". Kołem zamachowym dla sukcesu zabawek był moment, gdy w 2024 r. członkini zespołu K-pop Blackpink, Lisa, została zauważona z brelokiem Labubu przy swojej torbie. W kolejnych miesiącach z tymi zabawkami pokazywali się m.in. Rihanna, Dua Lipa oraz David Beckham. Dzięki celebrytom posiadanie Labubu szybko stało się czymś pożądanym, a trend ten napędzały media społecznościowe, a zwłaszcza (a jakże!) chiński TikTok. Na tej platformie zamieszczono już ponad 1,7 miliona filmów o Labubu. Mówimy więc o szalenie popularnym światowym trendzie, za którym podaż zwyczajnie nadążyć nie mogła (albo nie chciała?), co jeszcze mocniej napędziło szaleństwo wokół tych zabawek. I to nie tylko wśród dzieci, ale też dorosłych milenialsów i z pokolenia Z.

Szaleństwo na całym świecie. Zawrotne ceny i ogromne kolejki

Widok kolejek z ludźmi czekającymi godzinami, a nawet dniami do sklepów Pop Mart, w których Labubu są sprzedawane, stał się codzienną. Zabawki wyprzedawane są na pniu w dniu nowych dostaw, a przez większą część tygodnia półki z oznaczenie "Labubu" stoją zwyczajnie puste. Emocje wokół zakupów są tak duże, że Wielka Brytania musiała zawiesić sprzedaż stacjonarną tych zabawek "ze względów bezpieczeństwa". W sklepach dochodziło bowiem do bójek między klientami o ostatnie pudełka Labubu. Prowadzona jest też sprzedaż internetowa, ale zdarzały się już przypadki, że z powodu wielkiego zainteresowania strona nie wytrzymywała i padała. Popularność i ograniczona sprzedaż sprawiły, że zabawki te zyskały na wartości. 

Typowa zabawka Labubu w sklepach w USA kosztuje od 21 do 39 dolarów. W Polsce nie są dostępne stacjonarnie, ale można je dostać w sklepie online. Ceny za najtańsze pudełka z niespodzianką zaczynają się od 279 zł, a najdroższe sztuki kosztują nawet 2 999 zł. W drugim obiegu najbardziej pożądane modele zabawek osiągają jeszcze wyższe ceny. Dwa tygodnie temu dom aukcyjny w Pekinie sprzedał figurkę Labubu wielkości człowieka za 1,08 miliona juanów, czyli ok. 550 tys. zł. Co ciekawe, aukcję organizowała Yongle International Auction, które tradycyjnie specjalizuje się w sztuce nowoczesnej i biżuterii. Oprócz Labubu giganta zalicytować było można 46 unikatowych figurek z tej serii. Tym bowiem Labubu różni się od większości chińskich zabawek, które są dostępne na rynku, że aspiruje do bycia czymś więcej. 

Sztuka i komercja w jednym. Chiny rozbiły bank?

Labubu nie jest bowiem kolejną generyczną zabawką zaprojektowaną przez smutnych panów na wysokich piętrach pekińskich biurowców. Historia tego potwora sięga 2015 r., gdy artysta Kasing Lung stworzył serię książek "The Monsters", inspirowaną folklorem nordyckim i mitologią. Labubu był jednym z bohaterów serii, zilustrowanej przez Lunga. Co ciekawe, wtedy też wypuszczono na rynek zabawki przedstawiające bohatera popularnej serii, ale nie zrobiły one wielkiej sensacji. Dopiero gdy w 2019 r. ich produkcją zajął się Pop Mart, umieszczając je w "tajemniczych pudełkach", zainteresowanie figurkami stopniowo zaczęło rosnąć. 

 

Artystyczny rodowód Labubu nie jest zapominany. Niedawno z okazji wydarzenia Art Basel 2025 Kasing Lung zaprojektował wyjątkową serię tych zabawek w charakterystycznym dla targów błękicie z poziomicą w dłoni. 100 sztuk można było nabyć w trakcie wydarzenia. Efekt? Organizatorzy musieli wprowadzić ograniczenia w ich zakupie, bo ludzie chcieli wykupywać je masowo, a kolejki do kas sparaliżowały wydarzenie.

O pewnej wyjątkowości i przewrotności Labubu wiele mówi fakt, że na całym świecie sprzedawane są podróbki tych zabawek - Lafufu. Na polskim rynku Lafufu nie kosztuje kilkaset, a kilkadziesiąt złotych. Są to oczywiście figurki o gorszej jakości i nie tak unikatowe, jak Labubu, których limitowane wersje produkowane były w bardzo ograniczonych nakładach. Co ciekawe, chińscy producenci zadbali, by łatwo można było odróżniać podróbki od oryginału. Otóż każda zabawka ma kod QR, który można zeskanować. Przekierowuje on do oficjalnej strony Pop Mart, gdzie można sprawdzić, czy był on skanowany wcześniej i czy zabawka jest oryginalna.

 

Ogromne pieniądze i ogromne zagrożenia

Popularność Labubu wykorzystują nie tylko producenci podróbek, ale też zwykli oszuści. "Na fali mody na Labubu powstają fałszywe sklepy internetowe oferujące limitowane modele w promocyjnych cenach i szybką dostawą. Strony wyglądają profesjonalnie, często zawierają logotypy producenta i zdjęcia prawdziwych figurek. Kuszą hasłami w stylu 'Ostatnia szansa' czy 'Wyprzedaż kolekcji'. Kiedy klikasz link i finalizujesz zakup - produkt nigdy nie dociera. Pieniądze trafiają prosto do oszustów, a Ty zostajesz z pustym kontem i mnóstwem nerwów" - ostrzega CyberRescue w komunikacie. Do listy zagrożeń związanych z Labubu można doliczyć też kradzieże. Oprócz rabunków w sklepach złodzieje odczepiają zabawki od toreb w komunikacji miejskiej. Doszło do tego, że niektórzy ubezpieczają swoje Labubu na taki wypadek. Biorąc pod uwagę ich wartość, nie można się temu jednak dziwić.

Wróćmy jednak do samych figurek Labubu (tych oryginalnych i prawdziwych). Oprócz sukcesu symbolicznego odniosły one również sukces finansowy. W zeszłym roku Pop Mart osiągnął przychód w wysokości 13,04 mld juanów, czyli ok. 6,6 mld zł. Oznacza to wzrost o 106,9 proc. w ujęciu rocznym. Z kolei skorygowany zysk netto wyniósł 3,4 mld juanów, czyli równowartość ok. 1,7 mld zł. Względem poprzedniego roku to wzrost o 185,9 proc. Jeszcze wyraźniej zwiększyła się wartość akcji - w rok wzrosły aż o 581 proc. Przed rokiem akcje tej spółki kosztowały 34 dolary hongkońskie. Teraz ich cena to 253 dolary hongkońskie. Tylko od początku tego roku akcje wzrosły o 195 proc. W zeszłym tygodniu doszło jednak do ich mocnego załamania i to przez... samych Chińczyków.

Kilka lat temu szanghajski regulator rynku wydał dyrektywę, która nałożyła górny limit na ceny tzw. blind boxów i ograniczył sprzedaż wśród najmłodszych. Cena pudełka nie może przekroczyć 200 juanów, czyli ok. 100 zł. Zabroniono również ich sprzedaży dzieciom poniżej 8. roku życia. Tłumaczono to obawami o uzależnienie. Teraz w Dzienniku Ludowym, najważniejszej gazecie Komunistycznej Partii Chin, pojawiły się opinie ekspertów, którzy nawołują do zaostrzenia tego prawa, bo młodzi ludzie wciąż są narażeni na "różne modele biznesowe". To prawdopodobnie zapowiedź kolejnych zmian legislacyjnych. W artykule nie padła wprost nazwa sklepów Pop Mart, które sprzedają zabawki m.in. w automatach dostępnych na ulicach, ale inwestorzy domyślili się, że chodzi przede wszystkim o tego giganta.

Co ciekawe, popularność tych zabawek w Chinach sprawiła, że także banki musiały zmienić swoją politykę. Za otwarcie konta oferowano bowiem zabawki Labubu, ale po spełnieniu warunków otrzymania upominku, młodzi ludzie po prostu je zamykali. Do akcji wkroczył chiński regulator, zakazując oferowania tego typu prezentów, obawiając się o zyski banków.

Chiny mogą zacierać ręce. Teraz się zacznie?

Trudno sobie jednak wyobrazić, by Chińczycy chcieli zabić kurę znoszącą złote jajka. Labubu to bowiem coś absolutnie wyjątkowego. Państwu Środka wreszcie udało się stworzyć produkt, który oddziałuje na popkulturę. Jest oryginalny i popularny, a do tego nie jest tylko produktem, a niesie za sobą wartość emocjonalną. Oznacza pewien status i tożsamość. Chińczycy wreszcie weszli do mainstreamu z czymś - popularnym i lubianym. Dzięki takim z pozoru drobnym wydarzeniom zmienia się społeczne postrzeganie danego państwa. Być może sukces Labubu za kilka lat będzie uważany za gamechanger - momentu, kiedy Chiny po raz pierwszy na taką skalę pokazały inną twarz - nie autorytarnego, komunistycznego państwa, a miejsca, skąd pochodzą autorskie, oryginalne i ciekawe elementy współczesnej kultury? 

Eryk Kielak
Więcej o: