Komisja Europejska wie, że sektor przemysłowy w Europie jest pod dużą presją. Problemy te na chwilę przykryło popandemiczne odbicie, ale ostatnie lata pokazują, że sytuacja robi się coraz trudniejsza. Wartość produkcji sprzedanej przemysłu w Unii Europejskiej spadła w 2024 roku o 2 proc. Rok wcześniej był to spadek 1,3 proc. Nie dość, że nie ma odbicia, to spadek jeszcze mocniej się pogłębił. Danych za poprzedni rok jeszcze nie ma, ale nie należy oczekiwać znaczącej zmiany. Europejski przemysł cierpi przede wszystkim przez agresywną konkurencję ze strony Chin. Dlatego KE chce pokonać Chińczyków ich własną bronią.
Chiny są gospodarczym gigantem. Ale nie zawsze tak było. W latach 70. i 80. XX wieku Chiny były słabą gospodarką. Aby zmienić tę sytuację, Chiny otworzyły się po raz pierwszy na inwestycje zagraniczne. Z pewnym warunkiem. Od zagranicznych inwestorów wymagano nawiązywania współpracy z chińskimi firmami, co pozwoliło im zdobyć niezbędną wiedzę specjalistyczną i stworzyć wiele łańcuchów dostaw, które napędzają dzisiejszą gospodarkę. Zrobił tam m.in. Volkswagen, który sam wychował sobie w Chinach potężnego konkurenta, m.in. producenta samochodów SAIC. Ten przepis od początku był krytykowany przez europejskie państwa, ale teraz poważnie rozważa się wprowadzenie podobnego rozwiązania w Europie.
Politico dowiedział się nieoficjalnie, że KE rozważa mechanizm, który nakładałby na zagraniczne firmy obowiązek współpracy z krajowymi firmami, jeśli chcą uzyskać dostęp do rynku europejskiego. Oprócz joint ventures, firmy miałyby obowiązek dzielenia się know-how "na rzecz unijnego celu", a prawa własności intelektualnej pozostawałyby w rękach firm europejskich. Zagraniczni inwestorzy zostali zobowiązani do przeznaczania co najmniej 1 proc. przychodów generowanych przez joint venture na badania i rozwój w UE. Zagraniczne inwestycje przekraczające 100 mln euro w "rozwijające się kluczowe sektory strategiczne" podlegałyby obowiązkowej kontroli. Co więcej, inwestorzy musieliby pozyskiwać 50 proc. swoich produktów z państw Wspólnoty oraz mieliby zakaz posiadania więcej niż 49 proc. udziałów w jakiejkolwiek spółce z UE działającej w tych samych branżach.
Niclas Poitiers, badacz z think tanku Bruegel w rozmowie z Politico przyznał, że "to sprzeczne ze wszystkimi wysiłkami, jakie Europa podejmowała w przeszłości, aby utrzymać ten rynek otwartym i z prawnego punktu widzenia jest to bardzo wątpliwe". - Przez lata narzekaliśmy na chińskie wymogi dotyczące spółek joint venture. Teraz, w zasadzie, wracamy i mówimy: tak naprawdę chcemy zrobić to samo - dodał. Przyznał, że według niego nie ma szans, by takie mechanizmy zostały przyjęte przez państwa członkowskie, a już na pewno zostaną zakwestionowane przez państwa spoza Wspólnoty.
Celem tych zmian jest zwiększenie produkcji przemysłowej z 14,3 proc. w 2020 r. do co najmniej 20 proc. wartości dodanej brutto UE do 2030 r. Szczegóły tego planu są opracowywane w ramach tzw. Industrial Accelerator Act. Na stronie KE czytamy, że to plan na pobudzenie "zrównoważonego rozwoju i konkurencyjności Europy". Jego oficjalną publikację po raz kolejny jednak przełożono. Tym razem na 28 lutego 2026 r. Do tego czasu nie poznamy oficjalnego planu KE na pobudzenie przemysłu.
Przeczytaj też: Niemcy wściekłe, KE działa. Umowa Mercosur ma wejść jak najszybciej. "Jest potrzeba".