Szef Ryanaira, Michael O’Leary, podczas wizyty w Warszawie opowiedział, jak firma radzi sobie w sytuacji wojny na Bliskim Wschodzie. - Nie wiemy, jak to się skończy, jakie będą skutki. Mamy tylko nadzieję, że nie potrwa to długo i skończy się w tydzień lub dwa - mówił podczas konferencji prasowej.
Irlandzki przewoźnik wykonuje około 12 lotów dziennie do Jordanii. Musiał te loty odwołać z powodu napiętej sytuacji w regionie i zamknięcia nieba nad Izraelem. - Nadal mamy więc tysiące pasażerów w Jordanii, których chcemy repatriować, gdy tylko niebo zostanie ponownie otwarte - zapowiedział Michael O’Leary. - Nie mamy w tej chwili zbyt wielu wolnych samolotów, ponieważ przygotowujemy się do uruchomienia dużego letniego rozkładu lotów za 3-4 tygodnie, pod koniec marca, ale z pewnością, jeśli możemy pomóc w repatriacjach, postaramy się pomóc. Skupiamy się jednak na naszych klientach, którzy obecnie utknęli w Jordanii - dodawał. Od roku firma nie lata też do Izraela.
Jednym ze skutków trwającej wojny jest wzrost cen ropy naftowej. Już są na bardzo wysokich poziomach, a jeszcze powiększają wzrosty w reakcji na zaostrzanie działań wojennych USA i Izraela przeciwko Iranowi. Analitycy wskazują, że ich cena w ciągu kilku dni może dojść do 82-85 dol. za baryłkę. To może być fatalna wiadomość dla branży lotniczej, bo samoloty zużywają podczas każdego lotu ogromne ilości paliwa. Michael O’Leary uspokaja, że Ryanair zabezpieczył się na ten scenariusz.
Zrobiło to już w kwietniu ubiegłego roku, kiedy podpisał umowę zabezpieczającą cenę paliwa lotniczego na poziomie 60 dolarów za baryłkę – co stanowi historycznie niski poziom. Na podstawie tej umowy linia lotnicza ma zagwarantowaną, ustaloną cenę, niezależnie od sytuacji na rynku ropy.
- Do marca 2027 roku spodziewamy się ceny około 67 dolarów za baryłkę. Nie wpłynie to więc na nasze koszty ani na nasze zyski. Wiele innych linii lotniczych, które nie mają takich zabezpieczeń, będą musiały gwałtownie podnieść opłaty - wyjaśniał szef irlandzkiego przewoźnika.
Wśród pasażerów pojawił się też strach przed lotem na Bliski Wschód. Ryanair zaobserwował duży spadek rezerwacji do tego regionu, a także do np. Azji lub Australii (często lata się tam z przesiadką na Bliskim Wschodzie). - Zaobserwowaliśmy również znaczny wzrost rezerwacji do Polski, Portugalii, Hiszpanii, Włoch i Grecji. Zwłaszcza w okresie świąt wielkanocnych. W pewnym sensie, ostatnie dwa lub trzy dni były korzystne dla naszej firmy, ponieważ wiele osób weryfikuje swoje plany podróży i wybiera nasze linie - przyznał Michael O’Leary.
Prezes Ryanaira nie chciał jednak spekulować, jak w dłuższej perspektywie wojna może wpłynąć na sytuację przewoźnika. - Jeśli skończy się stosunkowo szybko, a Trump ma krótki czas koncentracji, to nie sądzę, żeby miało to jakikolwiek długoterminowy wpływ. Ale niewątpliwie w krótkiej perspektywie jest to korzystne dla naszych kosztów, ponieważ jesteśmy zabezpieczeni na wypadek wzrostu cen paliw i korzystnie wpływa na nasze rezerwacje - tłumaczył.
- Myślę, że będzie to miało większy wpływ na rezerwacje i turystykę w państwach Zatoki Perskiej. Zakłócenia mogą potrwać rok lub dwa, zwłaszcza jeśli chodzi o połączenia realizowane przez lotniska w regionie. Z drugiej strony, przewoźnicy z Zatoki mogą dość szybko przywrócić siatkę połączeń i obniżyć ceny. Wielu przewoźników z państw Zatoki nie musi działać na podstawie krótkoterminowej rentowności. Dodatkowo rządy tych krajów prawdopodobnie przeznaczą środki na odbudowę ruchu lotniczego do i z regionu - dodawał.
Przeczytaj też: "Tusk z ważną informacją dla Polaków. Chodzi o zapasy paliwa".