Opłata za zmniejszenie retencji, potocznie nazywana podatkiem od deszczu lub podatkiem od betonu, coraz mocniej wpływa na decyzje właścicieli nieruchomości. Nazwa wynika z tego, że największe obciążenia dotyczą terenów silnie utwardzonych, gdzie beton, asfalt lub kostka blokują wsiąkanie wody do gruntu. W efekcie deszczówka zamiast zasilać glebę spływa do kanalizacji lub cieków wodnych, co pogłębia problem suszy i przeciąża systemy odprowadzania wody. Przepisy obowiązują od kilku lat, ale dopiero teraz ich skutki finansowe są szerzej odczuwalne.
Choć w praktyce mówi się o podatku od deszczu, formalnie jest to opłata za usługę wodną za zmniejszenie naturalnej retencji. Jej istota polega na tym, że właściciel płaci za ograniczenie zdolności gruntu do wchłaniania i zatrzymywania wody opadowej. Każda powierzchnia biologicznie czynna, czyli np. trawnik czy grunt, działa jak naturalna gąbka. Po jej zastąpieniu betonem lub asfaltem woda nie wsiąka, tylko spływa. Państwo traktuje to jako realną zmianę w obiegu wody i nakłada opłatę. Za jej ustalanie odpowiadają Wody Polskie, a nie gminy.
Opłata nie dotyczy wszystkich nieruchomości, lecz tylko tych spełniających konkretne kryteria. Działka musi mieć co najmniej 3,5 tys. m kw., ponad 70 proc. powierzchni musi być uszczelnione, a teren nie może być objęty kanalizacją deszczową. Podstawą rozliczenia jest powierzchnia wyłączona z naturalnej retencji, czyli ta część działki, która została pokryta materiałami nieprzepuszczalnymi. Dane te wynikają najczęściej z dokumentacji projektowej lub geodezyjnej. W praktyce oznacza to, że największe obciążenia dotyczą centrów logistycznych, hal czy dużych parkingów.
Kluczowym elementem jest sposób zagospodarowania wody opadowej na działce. Im więcej wody zostaje zatrzymane na miejscu, tym niższa opłata, ponieważ zmniejsza się negatywny wpływ na środowisko. Brak jakichkolwiek rozwiązań retencyjnych oznacza najwyższą stawkę 0,50 zł za m kw. rocznie. Z kolei zastosowanie zbiorników, ogrodów deszczowych lub systemów rozsączania pozwala obniżyć opłatę nawet do 0,05 zł. W praktyce firmy mogą więc wybierać między stałym kosztem a inwestycją, która ograniczy przyszłe wydatki. Najwięcej trudności pojawia się przy ustalaniu, jaka część działki faktycznie nie przepuszcza wody. Do powierzchni uszczelnionej zalicza się nie tylko budynki, lecz także parkingi, drogi wewnętrzne oraz place składowe. Pominięcie tych elementów prowadzi do błędnych wyliczeń i konieczności późniejszych korekt. W efekcie właściciel może zapłacić więcej, niż zakładał.