Nie daj się nabrać na te truskawki. Jeden szczegół zdradza, że przepłacasz nawet 2 razy

Na straganach pojawiły się pierwsze truskawki, ale nie wszystkie są tym, za co uchodzą. Część sprzedawców wykorzystuje początek sezonu, by drożej sprzedać importowane owoce jako polskie. Dla klientów oznacza to nie tylko wyższą cenę, lecz także realne ryzyko przepłacenia za produkt o innym pochodzeniu i jakości niż deklarowana.
Truskawki
Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl

Wiosenny start sprzedaży truskawek to moment, w którym rynek dopiero się kształtuje. Krajowe zbiory z pól jeszcze się nie zaczęły, a dostępność owoców opiera się głównie na imporcie oraz niewielkich partiach z upraw szklarniowych. To właśnie wtedy różnice w cenach i pochodzeniu są największe, a brak wiedzy o sezonowości sprzyja błędnym decyzjom zakupowym i wprowadza klientów w błąd.

Zobacz wideo Truskawka to tak naprawdę poziomka! I na dodatek... ananasowa

Błędne oznaczanie pochodzenia to realny problem na rynku. Różnice cenowe tworzą przestrzeń do takich praktyk

W pierwszych tygodniach sezonu truskawkowego sprzedaż opiera się głównie na dostawach z południa Europy, przede wszystkim z Hiszpanii i Grecji, gdzie zbiory zaczynają się wcześniej. Polskie truskawki w tym czasie pochodzą głównie z upraw szklarniowych, dlatego ich dostępność jest ograniczona, a ceny potrafią sięgać około 30 zł za kilogram. Taka struktura rynku sprawia, że klienci poszukujący krajowych owoców mają niewielki wybór i muszą liczyć się z wyższą ceną. W praktyce oznacza to, że większość tańszych ofert dotyczy produktów importowanych, nawet jeśli nie zawsze jest to jasno komunikowane przy sprzedaży.

Na tym etapie sezonu pojawia się zjawisko polegające na nieprawidłowym informowaniu o kraju pochodzenia owoców. Część sprzedawców może oferować importowane truskawki jako polskie, wykorzystując fakt, że klienci są gotowi zapłacić więcej za produkt krajowy. Źródłem tego problemu są wyraźne różnice cenowe między importem a produkcją krajową. Tańsze owoce z zagranicy kupowane hurtowo mogą być sprzedawane z dużą przebitką po zmianie oznaczenia lub sposobu prezentacji. Przepisy wymagają jasnej informacji o kraju pochodzenia oraz posiadania dokumentów zakupu, jednak brak ich weryfikacji przy zakupie sprzyja utrzymywaniu się takich nieprawidłowości.

Kontrole IJHARS ograniczają skalę nadużyć, ale nie eliminują ich całkowicie. System działa wyrywkowo

Rynek jest nadzorowany przez Inspekcję Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, która prowadzi kontrole w punktach sprzedaży. Sprawdzana jest dokumentacja oraz zgodność oznaczeń z rzeczywistym pochodzeniem produktów. Wykryte naruszenia mogą skutkować karami finansowymi sięgającymi nawet kilku tysięcy złotych, a w poważniejszych przypadkach także wycofaniem towaru ze sprzedaży. Kontrole nie obejmują jednak wszystkich sprzedawców jednocześnie, dlatego mają głównie charakter prewencyjny. Najczęstsze problemy to brak dokumentów lub nieprecyzyjne oznaczenia, które utrudniają klientom świadomy wybór i mogą prowadzić do utraty zaufania do sprzedawców.

Cechy produktu mogą pomóc w ocenie, ale nie zastąpią informacji o pochodzeniu. Kluczowe jest łączenie kilku sygnałów

Ocena truskawek wyłącznie na podstawie wyglądu bywa zawodna, ponieważ na ich jakość wpływa wiele czynników, takich jak transport czy sposób przechowywania. Owoce świeższe, pochodzące z krótszego łańcucha dostaw, zazwyczaj mają intensywniejszy zapach oraz jędrny, sprężysty miąższ, jednak nie jest to reguła pozwalająca jednoznacznie określić kraj pochodzenia. W praktyce najbardziej wiarygodnym rozwiązaniem pozostaje połączenie obserwacji produktu z informacją przekazaną przez sprzedawcę oraz świadomością sezonowości. Dodatkową wskazówką może być zapach całej partii owoców. Świeże truskawki wyraźnie pachną nawet bez bezpośredniego kontaktu. Warto też zwrócić uwagę na miejsce przy szypułce. Jasne, niedojrzałe fragmenty mogą świadczyć o wcześniejszym zbiorze i dłuższym transporcie.

Więcej o: