25 maja w Krotoszynie (woj. wielkopolskie) pod siedzibą spółki Dino rozpocznie się trzydniowy protest - zapowiedziała na Facebooku OPZZ Konfederacja Pracy. "Dlaczego kolejny spór zbiorowy? Bo prawa pracownicze w Dino Polska wciąż są łamane, licznie potwierdza to Państwowa Inspekcja Pracy, wskazując ponad 1300 naruszeń" - czytamy we wpisie opublikowanym w środę, 6 maja.
Związek zawodowy wskazał, że pracownicy Dino są nadzorowani kamerami, przeciążeni obowiązkami i "wyciskani do granic możliwości". "W zamian otrzymują wynagrodzenia, które ledwo przekraczają płacę minimalną. Spółka ignoruje głos pracowników, a dialog praktycznie nie istnieje" - podkreśla organizacja.
Wskazano również, że Dino Polska - mimo ustawowego obowiązku - nie wprowadziło Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych.
Wojciech Jendrusiak, przewodniczący OPZZ Konfederacja Pracy, wyjaśnił w rozmowie z "Faktem", że protest jest odpowiedzią na brak dialogu ze strony pracodawcy. - Ignorowane są rozmowy, mediacje nie przynoszą efektu, a postulaty pracowników pozostają bez odpowiedzi - podkreślił.
Będziemy spać w namiotach pod siedzibą, ale przede wszystkim będziemy rozmawiać z ludźmi i zbierać ich doświadczenia
- zapowiedział.
Jendrusiak przekazał również, że obecne regulacje są przestarzałe i w praktyce utrudniają realne korzystanie z prawa do strajku. Jak wskazał, problemem jest m.in. konieczność organizowania referendów strajkowych w dużych sieciach handlowych. - W obecnym kształcie to procedura bardzo trudna do przeprowadzenia w firmach liczących dziesiątki tysięcy pracowników - zaznaczył.
Związkowcy skierowali również apel do premiera Donalda Tuska, domagając się zmiany w ustawie o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. "Domagamy się zniesienia wymogu referendum strajkowego z minimalną frekwencją 50 procent oraz nadania związkom prawa do bezterminowego strajku niezależnie od warunku przejścia mozolnej procedury rokowań, mediacji i referendum" - czytamy w liście otwartym, który został opublikowany na Facebooku przez OPZZ Konfederacja Pracy.
Zwrócono uwagę, że powyższa ustawa ma już 35 lat, a zapisane w niej zasady prowadzenia sporów nie przystają do realiów działalności związkowej we współczesnej gospodarce. Organizacja wyjaśniła, że ustawa ta nakłada wymóg osiągnięcia 50-proc. frekwencji w referendum strajkowym wśród ogółu załogi, aby strajk został uznany za legalny. "W praktyce oznacza to zakaz strajku dla pracowników zatrudnionych w zakładach jednej firmy rozsianych po całym kraju" - ocenia związek zawodowy.
Ustawa warunkuje też prawo do podjęcia strajku przejściem "mozolnej" procedury rokowań, mediacji i referendum. "Odebranie prawa do bezterminowej odmowy pracy przed lub w trakcie negocjacji nadaje tym negocjacjom funkcję przeciągania sporu i zniechęcania lub zastraszania załogi w nadziei, że ta porzuci swoje postulaty" - pisze OPZZ Konfederacja Pracy.
Zdaniem organizacji, międzynarodowe korporacje wykorzystują również ogromne różnice w regulacjach prawa do podjęcia strajku w Polsce i sąsiednich krajach Unii Europejskiej, aby narzucać gorsze warunki pracy i podważać pozycję negocjacyjną związków zawodowych na Zachodzie. "Przy pomocy obecnej ustawy, państwo polskie uprawia dumping socjalny w Europie" - stwierdzają związkowcy i oceniają, że ustawa w obecnym kształcie "narzuca na związki zawodowe restrykcje nieznane w Europie".