Lista Departamentu Obrony Stanów Zjednoczonych ma na celu ostrzeżenie amerykańskich organizacji o ryzyku współpracy z chińskimi firmami, ale wciągnięcie ich na nią, nie oznacza, że są one automatycznie objęte sankcjami.
Pełni ona rolę strażnika i ostrzega przed możliwym wykorzystaniem przez chiński wywiad czy inne służby firm, które podejmą współpracę z podmiotami z listy. A tę właśnie zaktualizowano - o giganta e-commerce Alibaba oraz producenta samochodów elektrycznych BYD (to skrót od build your dream).
Co ciekawe BYD nie eksportuje swoich samochodów do USA, wyprzedził natomiast Teslę na innych rynkach na początku tego roku w statystykach sprzedaży, stając się światowym liderem w produkcji pojazdów elektrycznych.
Na tej czarnej liście znajdują się także inne firmy zza Wielkiego Muru, jak producent samochodów elektrycznych Nio oraz producent samolotów Comac. Pozostają na niej też "weterani" jak Tencent i Huawei, producent dronów DJI oraz producent baterii CATL.
Ambasada Chin w USA zareagowała natychmiast wydając oświadczenie, że jest to ruch dyskryminujący. Podkreśliła także, że firmy z Chin ściśle przestrzegają przepisów obowiązujących za granicą.
Przedstawiciele Alibaby, z którymi skontaktowała się stacja BBC, skwitowali sprawę słowami, że "nie ma żadnych podstaw do umieszczenia na tej liście i że Alibaba nie jest chińską firmą wojskową, ani też częścią żadnej strategii fuzji wojskowo-cywilnej".
Eksperci nie mają wątpliwości, że dołożenie kolejnych chińskich gigantów do ostrzeżenia o zagrożeniu dla bezpieczeństwa narodowego USA na poziomie federalnym, zaostrzy stosunki na linii Waszyngton-Pekin.
Zwłaszcza że sprawa ma mocny wymiar gospodarczy: niektóre z ujętych tam podmiotów konkurują bezpośrednio z dużymi amerykańskimi firmami, choćby w branżach takich jak pojazdy elektryczne czy sztuczna inteligencja i nowoczesne technologie.
- Można się spodziewać, że Pekin uzna ten krok za "formę ograniczania gospodarczego" - powiedziała dla BBC analityczka polityczna Stephanie Kam z Uniwersytetu Technologicznego Nanyang.
Co więcej, jej zdaniem Chiny mogą odpowiedzieć sankcjami wzajemnymi, dodając amerykańskie firmy do własnej listy lub odpowiedzieć jakąś formą dyplomatycznego oporu.
USA argumentują, że Alibaba, BYD oraz technologiczny kolos Baidu znajdują się wśród firm oskarżanych o pełnienie roli wojskowo-cywilnego współtwórcy chińskich operacji obronnych (taka argumentacja zawarta jest w wyjaśnieniach do listy).
Waszyngton rzecz jasna dysponuje znacznie bardziej rygorystycznymi środkami nacisku. Jak na razie tylko ostrzega, ale może zakazać współpracy z jakimkolwiek chińskim podmiotem, jak to się stało w przypadku Huawei. Od 2019 roku Amerykanom nie wolno z nimi handlować. Stephanie Kam przekonuje, że wpisanie na tę listę jest "karą" za udział tych podmiotów w chińskich programach państwowych i przedsięwzięciach, a jasnych dowodów na kontrakty z chińskim wojskiem brak.