Twórcy i przedsiębiorcy, dla których Instagram jest głównym źródłem dochodu, zmagają się z zupełnie nowym rodzajem szantażu. Cyberprzestępcy wzięli na celownik zautomatyzowany mechanizm zgłaszania naruszeń praw autorskich.
Meta (właściciel m.in. Facebooka i Instagrama) udostępnia narzędzie pozwalające na zgłoszenie profilu, który rzekomo łamie prawa autorskie – na przykład poprzez nielegalne wykorzystanie muzyki, filmów czy zdjęć. Haczyk polega na tym, że mechanizm ten jest niemal całkowicie zautomatyzowany i pozbawiony rzetelnej weryfikacji. W efekcie każdy, używając zaledwie kilku anonimowych adresów e-mail, jest w stanie doprowadzić do zablokowania profilu śledzonego przez miliony użytkowników.
BBC opisał historię influencera prowadzącego popularny profil "Lost Time in History". Gdy jego konto nagle zniknęło z sieci z powodu rzekomych naruszeń, niemal natychmiast otrzymał on wiadomość od oszustów. Warunek był prosty: jeśli zapłaci okup w wysokości 50 funtów (w kryptowalutach), fałszywe zgłoszenia zostaną wycofane, a profil wróci do sieci.
Zdesperowany twórca zapłacił żądaną kwotę. Jak tłumaczył, próba oficjalnego odzyskania dostępu za pośrednictwem pomocy technicznej Mety trwałaby tygodnie, co w jego przypadku oznaczałoby tysiące funtów utraconych przychodów. Choć po wpłaceniu okupu konto faktycznie odblokowano, ulga trwała zaledwie chwilę – zaraz potem przestępcy ponownie zablokowali profil, używając dokładnie tej samej metody.
Brytyjski oddział Mety wydał oświadczenie, w którym zapewnił, że po analizie przywrócono dostęp poszkodowanym i objęto ich konta specjalną ochroną przed podobnymi atakami. Twórcy alarmują jednak, że to gaszenie pożaru, a nie rozwiązanie problemu. Systemy platformy wciąż nie radzą sobie z automatycznym wyłapywaniem sprawców masowych zgłoszeń. Co gorsza, na realny i szybki kontakt z żywym konsultantem mogą zazwyczaj liczyć tylko ci użytkownicy, którzy regularnie opłacają subskrypcję Meta Verified (kosztującą w Polsce 65 zł miesięcznie).
Teoretycznie batem na tego typu nadużycia ma być unijny akt o usługach cyfrowych (DSA). Zgodnie z rozporządzeniem, giganci technologiczni mają obowiązek utrzymywania sprawnych, wewnętrznych systemów rozpatrywania skarg, a w razie sporu użytkownik może odwołać się do zewnętrznego, niezależnego organu. Platformy muszą też obligatoryjnie blokować podmioty, które celowo wysyłają bezzasadne zgłoszenia.
Choć unijne przepisy obowiązują od 2024 roku, polscy twórcy wciąż nie podlegają ich pełnej ochronie, ponieważ odpowiednie regulacje nie zostały do końca zaimplementowane do krajowego porządku prawnego. Prezydent Karol Nawrocki zawetował pierwszą wersję ustawy wdrażającej DSA, argumentując swoją decyzję obawami o potencjalną cenzurę.
W efekcie w Polsce wciąż brakuje wyznaczonego organu, który miałby twarde kompetencje do kontrolowania, egzekwowania prawa i karania platform takich jak Instagram. Druga, pozbawiona już spornych zapisów wersja ustawy trafiła na biurko prezydenta 4 września. Od tego momentu głowa państwa ma 21 dni na jej podpisanie lub odrzucenie.