Google zdominował i zmienił nasze życie. W zasadzie nie mamy problemu z dotarciem do informacji i umiemy znaleźć poszukiwane frazy i informacje. Z wyszukiwarki korzystają praktycznie wszyscy, na każdym poziomie edukacji. Internet pełen jest zestawień śmiesznych obrazków, przetworzonych historii i odkrywanych na nowo rewelacji. "10 rzeczy, których nie wiedzieliście o ", "5 tajemnic .", "Czy wiedzieliście, że " - wszyscy znamy te tytuły. Wystarczy Wikipedia, Google i trochę samozaparcia, by zgromadzić w jednym miejscu mniej znane fakty. Nauczanie poszukiwania informacji jest już zbędne . Dzieci praktycznie rodzą się z tą umiejętnością, bo od najmłodszych lat mogą za pomocą tabletu i YouTube eksplorować świat bajek i powiązanych z nimi wideo, nieco starsi szybko łapią, że wpisanie czegokolwiek w Google daje pożądane wyniki. Świat wiedzy stanął przed nami otworem. Szkoda, że źle z niego korzystamy .
Ogrom możliwości, jaki dała nam wiedza zgromadzona w internecie wyłączył myślenie i umiejętność oceny wiarygodności i rzetelności przygotowanych informacji. Jest na pierwszym miejscu w Google, więc musi być prawdziwe . Po jednym dniu od publikacji wpisuję znowu cytat w wyszukiwarkę. Wiem, że dostanę spersonalizowane wyniki, ale mimo to widok jest porażający.
Mój błąd został zreplikowany przez spamblogi i zdominował pierwszą stronę. Jeżeli kiedyś szukałbym ponownie tej informacji prawdopodobnie trafiłbym na stronę z samymi błędnymi odpowiedziami.
Przyznaję, powinienem sprawdzić w dwóch miejscach, kto tak naprawdę powiedział użyte wcześniej zdanie, ale nie zrobiłem tego. I wiecie co? Badania pokazują, że to dla ludzi normalne . Rok temu w International Journal of Communication naukowcy z Northwestern University opublikowali wyniki badań, mówiące, że absolutnie nie dbamy (a przynajmniej przebadani studenci nie dbali) o to, kto i gdzie napisał tekst z pierwszego miejsca w Google.
Eksperyment polegał na zleceniu 102 studentom znalezienia specyficznych informacji. Używane były różne wyszukiwarki. Oczywiście w użyciu było Google, ale też SparkNotes, MapQuest, Bing, Wikipedia, AOL i Facebook. Większość studentów klikało na pierwszy wynik niezależnie co to było, a ponad 25% z nich wyraźnie zaznaczyło, że wybrało ten link, a nie inny, ponieważ był pierwszy. Ciężar oceny wiarygodności i rzetelności informacji przełożony został na algorytm wyszukiwarki . Ludzie wyłączyli myślenie i przestali sami oceniać strony, które odwiedzają.
Tylko 10 procent uczestników badania wymieniało autora przeczytanej publikacji, czy też wspominało o jego kompetencjach. Monitorowanie użytkowania stron wskazało też jedną ciekawą rzecz - nikt nie sprawdzał czy informacje o autorze są prawdziwe , mimo że przepytywani później studenci mówili, że powinno się tak robić. Domeny .gov i .edu wzbudzały większe zaufanie, bo "nie może ich tworzyć byle kto". To samo jednak mówiono też i o .org, które kupić może każdy.
Jednym słowem - wyłączyliśmy myślenie i przerzuciliśmy ocenę wiarygodności informacji na ślepy algorytm. Jakie mogą być tego konsekwencje nie jest trudno przewidzieć. Od głupiego błędu w notce o iPhone'ie i magiku , aż do złych analiz. Bo dziennikarz też człowiek, i mimo, że powinien, to nie zawsze sprawdzi.
Rozwiązanie? Czas już chyba zacząć uczyć dzieci jak oceniać wiarygodność i ważność informacji. Żyjemy w świecie inflacji tresci. Nasza cywilizacja generuje nieskończoną ilość artykułów, opracowań, książek, filmów i muzyki. Jesteśmy bombardowani tysiącem nieważnych informacji, z których tylko część ma dla nas znaczenie. Trzeba nauczyć siebie i innych jak je znaleźć i ocenić, czy faktycznie są one prawdziwe .
Bo o technologii i magii powiedział Arthur C. Clarke, nie Asimov. Wiem, bo sprawdziłem w Wikipedii. A potem dla pewności w Britannice.
Tekst pochodzi z bloga Zniekształcenie Poznawcze