Od dawna wiadomo, że część opinii, które można przeczytać pod umieszczonymi w internecie artykułami jest pisana przez wynajęte osoby. Komentarze w sobie olbrzymią moc, bo osoba, która nie ma wyrobionych poglądów na dany temat łatwo może przyjąć opinię innych. Szczególnie kiedy czyta ją wiele razy.
Przeczytaj też: W Chinach każdy ma iPhone'a. KAŻDY!
Według profesora Gary'ego Kinga z Uniwersytetu Harvarda chińskie władze osiągnęły niechlubne mistrzostwo w tego typu praktykach. Zespół powołany przez uczonego przeanalizował pewną bazę danych, która wyciekła do sieci za sprawą chińskiego blogera. Zawierała dane, które pozwoliły stwierdzić, które z wpisów pojawiających się w sieci zostały opublikowane przez ludzi wynajętych przez rząd. Z analiz wynika, że Chińczycy trollują internet umieszczając niemal pół miliarda wpisów rocznie. Dla porównania - tyle wpisów w ciągu dnia publikują wszyscy użytkownicy Twittera.
Telegraph podkreśla, że wpisy nie ograniczają się jedynie do wychwalania działań rządu. W sprawach, których nie da się obronić zadaniem urzędników jest... zmiana tematu dyskusji. Tylko po to, by odwrócić uwagę innych od prawdziwych problemów. Trolle nie wykazują się też żadną agresją - są stonowani w wypowiedziach i łagodni.
Chińskie władze muszą czuć się mocno zagrożone i tak totalnie kontrolowanym internetem. Chcą zapewne, by Chińczycy byli przekonani, że w ich kraju nie dzieje się nic złego, wszelkie złe informacje mają być natychmiast "neutralizowane". Dzięki armii internetowych trolli nie wiadomo co jest prawdą...