Wierzysz, że dzięki facebookowym dyskusjom narodowiec będzie towarzyszył ci na marszu równości? Twoje argumenty sprawią, że wyborca młodej lewicowej partii zagłosuje na wolnorynkowca? Szkoda czasu. Nic takiego się nie stanie. Firma Rantic przepytała 10 tysięcy użytkowników Facebooka, którzy mieli jasno określone poglądy. Wśród ankietowanych znaleźli się republikanie, demokraci i "niezależni”. Odpowiednio 94%, 92% i 85% z nich przyznało, że nigdy nie zmienili swoich politycznych poglądów pod wpływem facebookowych dyskusji. Znaczna większość twardo obstawała przy swoim.
Mimo to tylko 36% republikanów, 31% demokratów i 21% "niezależnych” przyznało, że Facebook nie jest dobrym miejscem na polityczne spory. Reszta wciąż uważa, że warto dyskutować, choć jak widać - większego sensu to nie ma.
Właściwie dlaczego ktokolwiek miałby uważać, że Facebook to dobre miejsce do skutecznej agitacji? Z "prawdziwego życia” dobrze wiemy, że niełatwo zmienić polityczne poglądy i przyznać się do błędu. Kłócimy się nawet przy świątecznych stołach i rodzinnych spotkaniach, wiedząc, że nie przekonamy drugiej osoby, więc naiwne było myślenie, że uda się to na Facebooku.
Tyle że internetowe dyskusje, przynajmniej w teorii, są trochę inne. I właśnie dlatego wyniki badań martwią. W rozmowie twarzą w twarz łatwiej o emocje, czasami brakuje konkretów i merytorycznych argumentów. W internecie można odnieść się do twardych danych, przywołać statystyki czy opinie innych. A mimo to nie pomaga to w przekonaniu do swoich racji. Albo nie wykorzystuje się dostępu do informacji i nie konfrontuje się ich z argumentami innych, albo i tak nikt nie chce takich rzeczy czytać. Każdy wie swoje.
Do czego w takim razie mogą prowadzić polityczne kłótnie na Facebooku? 18% ankietowanych demokratów, 12% republikanów i 9% "niezależnych” wyrzuciło kogoś z grona znajomych ze względu na polityczne posty.
Domyślam się, że te wyniki wcale nie zaskakują Facebooka. Od jakiegoś czasu społecznościowy portal pomaga wyrazić swoje zdanie np. przy ważnych, światopoglądowych wydarzeniach. Stąd moda na tęczowe awatary, która zaowocowała wprowadzeniem tymczasowych zdjęć profilowych - tak by można było łatwo i wygodnie wprowadzić fotkę, która pokaże z kim lub z czym się identyfikujemy. Ważne jest to, żeby wyrazić swoje zdanie. I tylko tyle.
Lubimy strony wyrażające nasze poglądy, jesteśmy "znajomymi" z tymi, którzy je dzielą. Przepaść rośnie - przez zalew informacji nie mamy czasu na wyszukiwanie informacji czy badań podważających nasze opinie. Wiedzę czerpiemy często tylko z nagłówków artykułów, nie wgłębiając się w temat. Chaos, wielość informacji dostępnych i pobieżność rozeznania powoduje bezrefleksyjność i trudność w zmianie wcześniej ugruntowanych opinii. Dyskusja zamienia się wojnę, strony siebie nie słuchają, tylko bronią w swoich okopach wcześniej ustalonych pozycji. Cierpi temat "rozmowy”.
Tak mówiła psycholog Izabela Dziugieł, dodając przy tym, że to nic nowego, bo od zawsze woleliśmy przebywać w gronie ludzi, którzy myślą podobnie. Strach przed zmianą poglądów również nie jest niczym nowym, ale przecież mogliśmy naiwnie wierzyć, że w Internecie - pełnym źródeł, faktów, informacji - łatwiej będzie przyznać się: "tak, myliłem się, masz rację”. Nic z tego.