Piotr Skwirowski: Sporo się dzieje w polskich podatkach. To dobre zmiany?
Dr Jarosław Neneman, były wiceminister finansów w latach 2004-2005, 2006, 2014-2015: Nie za bardzo. Polityka podatkowa nam się w ostatnich latach spsiła.
Spsiła? To jakiś celowy zabieg? Aluzja do obecnych rządów?
- (Śmiech). Nie, nie. To nie ma nic wspólnego z sympatiami politycznymi. Po prostu polityka podatkowa zeszła na psy. W dodatku, zeszła nie teraz, lecz bodaj kilkanaście lat temu. Wtedy, gdy przed wyborami były spoty ze znikającymi zabawkami czy pustą lodówką. Już wtedy wiadomo było, że czasy w miarę rozsądnej polityki podatkowej mijają. Wcześniej udawało się zrobić wiele dobrego, choć niepopularnego, jak choćby likwidacja ulgi mieszkaniowej, czy stopniowe rozszerzanie zakresu stawki podstawowej VAT. Ale od „pustej lodówki” podatki stały się tematem bardzo politycznym.
Zawsze były. W każdej kampanii wyborczej pojawiały się podatki. Obietnice obniżania stawek, nowych ulg…
- 20 lat temu też? Albo 25? Wtedy była aborcja, lustracja. Podatki nie były silnie eksponowane. Teraz są. A jak są polityczne, to nie mogą być racjonalne.
To się wyklucza?
- W naszych warunkach tak.
Dlaczego?
- Polityk oczekuje od podatków albo pieniędzy albo kapitału politycznego, czyli chce się za pomocą podatków przypodobać wyborcom. A przecież czasami trzeba robić rzeczy, które są niepopularne. A sensowne. I to się rozjechało.
I czym konkretnie to spsienie się objawia? Bo przecież nie tylko pustą lodówką z reklamówki wyborczej.
- Pojawił się pomysł opłaty drogowej, 20 gr od litra paliwa. Sam pomysł mi się bardzo podoba, bo jak się więcej wydaje, to trzeba drugą ręką te pieniądze zabrać. Natomiast takie rzeczy trzeba robić z otwartą przyłbicą. Czyli rząd zgłasza projekt, tłumaczy, dlaczego to robi i podnosi podatki.
W tym przypadku nie trzeba było kombinować z nową opłatą. Wystarczyło podnieść akcyzę od paliw. Koszt polityczny jest taki sam, a od strony administracyjnej jest o wiele prościej, bo mechanizm już działa. Co więcej, akcyza powinna była wzrosnąć nie na wszystko, lecz na diesla. Bo w tej chwili mamy uprzywilejowanie akcyzowe diesla. Ono kiedyś miało uzasadnienie ekologiczne, teraz już go nie ma.
Pan to chyba lubi podnosić podatki?
No cóż, nikt nie jest bez wad (śmiech). Ale tak na serio, to jeśli wydaje się więcej, a nikt nie przeczy, że tak jest, to trzeba bardziej „skubać” obywateli. Pamiętajmy proszę, że wszystkie wydatki publiczne są finansowane z naszej kieszeni. Nie każda podwyżka podatków jest zła, podobnie jak nie każda obniżka dobra.
Na przykład zmniejszenie CIT dla małych przedsiębiorstw wprowadzone za ministra Pawła Szłamachy oceniam negatywnie – to bariera dla wzrostu firm. Ale za to podoba mi się podnoszenie opłat za parkowanie, choć to nie podatek – celem, oprócz pieniędzy, a one zawsze są ważne, jest też zwiększenie dostępności miejsc parkingowych. Obecne stawki, niewaloryzowane przez wiele lat, tego w wielu miejscach nie zapewniają. A gdy dojrzejemy jako społeczeństwo, to pojawią się kiedyś opłaty za wjazd do centrum miasta, tak jak na przykład w Londynie. No, ale to pieśń przyszłości, szczególnie przy tej ekipie, której rowerzyści się tak źle kojarzą. (śmiech)
Wracając do paliw: jeżdżę dieslem i bardzo sobie chwalę to uprzywilejowanie.
- Ja również jeżdżę dieslem. Ale to nie ma sensu. Na opłatę drogową mieliśmy nagonkę polityczną. No bo skoro podatki są sprawą polityczną, to opozycja musiała walczyć z tym pomysłem. Również w PiS była nagonka. Że to niemoralne, że tak nie można.
No dobrze, ale opłaty drogowej nie ma. Właśnie ta nagonka ją zablokowała.
- Tak. Ale są inne przykłady, gdzie polityka miesza w podatkach. Choćby akcyza od samochodów. To słabe rozwiązanie. Nieefektywne.
Dlaczego?
- Bo stawki są od wartości samochodu i pojemności silnika. I przeskok między jedną stawką a drugą jest bardzo wysoki. Ciut większy silnik i pojawia się o wiele większy podatek. No i przy używanych autach można kombinować przy wartości samochodu – ona jest trudna do obiektywnej weryfikacji.
Dlatego Polacy kupują luksusowe auta w Czechach?
- Muszą być tam zarejestrowane. Ale tak, właśnie z powodu akcyzy. No bo jak się kupuje samochód za duże pieniądze, to akcyza sięga kilkudziesięciu, a czasami nawet kilkuset tysięcy złotych. Był pomysł, żeby od tego odejść, ale zginął. Zabiła go polityka. I zamiast iść w kierunku corocznej opłaty powiązanej z wielkością silnika i normami emisji spalin, tak jak jest to w cywilizowanych krajach, my brniemy w doskonalenie tego co jest.
I tak naprawdę w najbliższej przyszłości nie grozi nam żadna sensowna, merytoryczna dyskusja o podatkach.
No, ale przecież mamy duży projekt nowelizacji ustaw o podatkach dochodowych PIT, CIT, ryczałcie. Tam są głównie pomysły na uszczelnienie systemu. To nie ma sensu?
- Oczywiście, że ma. Trzeba oddzielić dwie rzeczy. Bardziej ekonomiczne, systemowe, które mówią o tym jakie podatki chcemy mieć, ile pieniędzy chcemy zbierać, czy więcej z pracy czy z konsumpcji, jak je ustawić, żeby były jak najmniej szkodliwe dla gospodarki. To jedna rzecz. I ją trzeba oddzielić od działań uszczelniających. Te działania trzeba podejmować. Trzeba korzystać z tego, że jest dobra atmosfera dla takich działań.
Przyzwolenie społeczne?
- Tak. Tego brakowało w dawnych latach.
A podatek jednolity? Najpierw w kampanii wyborczej mówiła o nim Platforma, po wyborach podchwycił PiS. To nie była próba poważnej przebudowy systemu? Na razie nic z tego nie wyszło, ale gdzieś ten pomysł się tli. I pewnie jeszcze wróci.
- Moim zdaniem nie wróci.
Bo to zły pomysł?
- Tak jak mówiłem, politycy zmieniają podatki z dwóch powodów: pieniędzy i popularności. Sytuacja, w której mamy kilka rodzajów umów o pracę, bo obok normalnej umowy, umowę zlecenia, umowę o dzieło, a do tego kilka sposobów opodatkowania pracy, bo możne to być skala podatkowa, podatek linowy, ryczałt, karta podatkowa i jeszcze naliczanie składek ZUS od innej podstawy, niż ta, od której liczy się podatek, to galimatias. Nikomu nie służy, zniekształca ludzkie decyzje.
Ciężko z tym wyjść do ludzi i włożyć to na sztandary, ale jeśli ludzie podejmują jakieś decyzje, bo podatek ich do tego zmusza, to na koniec dnia są nieszczęśliwi, a budżet nie dostaje pieniędzy, które mógłby dostać, choćby dlatego, że oni się samozatrudnili, żeby płacić mniej.
Projekt, o którym mówimy, jest bardzo trudny merytorycznie i politycznie, raczej nie przyniesie większych pieniędzy, ani popularności – skazany jest więc na niebyt.
Politycznie to chyba nie, bo mówimy ludziom, że uprościmy im rozliczenia, ułatwimy życie. Zamiast kilku danin, podatku, składek, będą płacić jedną.
- Ale ktoś zapłaci mniej, a ktoś więcej. O tych, którzy mniej, nie boimy się. Jednak, ci, którzy mieliby płacić więcej, podniosą larum. W tej chwili mamy w Polsce, czy to dobrze, czy nie – zostawmy, podatkowe uprzywilejowanie działalności gospodarczej. Jest ryczałtowy ZUS i 19 proc. PIT, no i jakaś część konsumpcji prywatnej w kosztach firmy. Dla kogoś o wysokich dochodach – idealna sytuacja. Ale to sprawia, że opodatkowanie działalności, szczególnie przy niskich dochodach, jest silnie regresywne, czyli relatywnie więcej płacą ci, którzy mniej zarabiają.
Z tym wszystkim trzeba by zrobić porządek. Zgoda. Takim pomysłem był podatek jednolity. Tylko co zrobić z działalnością gospodarczą? Jeśli składki na ZUS ustawilibyśmy tu tak jak przy pracy na etacie, to to by zabiło większość firm. Zwłaszcza tych na starcie. Tak wysoki koszt pracy byłby silną zachętą do działania w szarej strefie. Z drugiej strony ciężko wytłumaczyć, dlaczego osoba, która w ramach działalności gospodarczej wykonuje niemal taką samą pracę, jak ten, kto pracuje na etacie, płaci aż tak znacząco niższy ZUS, i do tego ma preferencje podatkowe.
To premia za ryzyko podjęcia działalności gospodarczej na własny rachunek. Nie masz urlopów, zwolnień… Do tego, niejako w pakiecie, przedsiębiorca ma potem niższą emeryturę od etatowca.
- To zrozumiałe. Ale nie wszyscy traktują ZUS jako sposób oszczędzania na przyszłość. To zagadnienie trudne politycznie i merytorycznie. Nie sądzę, żeby politykom starczyło determinacji, by ten projekt wprowadzić w życie.
Tym bardziej, że doświadczenia z wiekiem emerytalnym pokazują, iż czasami nie warto robić tego, co absolutnie konieczne. Koszt polityczny wydłużenia wieku emerytalnego był bardzo poważny, PiS to odwrócił i już nikt raczej tego nie dotknie. Ten temat, podobnie jak podatek katastralny, są „trafione – zatopione”.
Podobną miną jest opodatkowanie rolników. Trzeba się z tym zmierzyć.
Słychać to tak od jakichś 20 lat. I nikt tego nie dotyka.
- Jestem w stanie zrozumieć polityków. Czysty oportunizm: lepiej nie ruszać, bo… A po drugie, zrobimy to, poniesiemy spory koszt polityczny i nasi przeciwnicy pójdą do wyborów pod sztandarem: „odwrócimy to”, „to niesprawiedliwe, żeby rolnicy płacili podatki”. Gdy więc mówię, że polityka podatkowa się spsiła, to właśnie to mam na myśli. Ciężko wyjść z mądrym przekazem i ciężko podjąć trud polityczny sensownych działań, bo korzyści ogólnospołeczne będą kiedyś, natomiast paliwo polityczne dla przeciwników, będzie tu i teraz.
Czyli czeka nas dryf z tym, co mamy?
- Obawiam się, że dryf. Od wielu, wielu lat nie było żadnego spójnego pomysłu na to, jak podatki powinny wyglądać. Można się pocieszać, że nie tylko w Polsce tak jest, iż zmiany zależą od przypadku, pomysłu premiera, wicepremiera czy ministra finansów. To się bierze stąd, że mało jest poważnych, głębokich analiz ekonomicznych systemu podatkowego. Dużo rzeczy odbywa się na zasadzie, że komuś coś się wydaje. Zresztą nie tylko w podatkach tak się ostatnio dzieje.
Czy jednak taka analiza nie jest sztuką dla sztuki, jeśli sytuacja polityczna uniemożliwia jakiekolwiek sensowne zmiany? Choćby nasz wiek emerytalny. Cóż w tej sytuacji z tego, że z tych analiz wyjdzie, iż system jest zły i trzeba go zmienić?
- To nie o to chodzi, że wyjdzie, iż jest źle. Chodzi o analizy, z których będzie wynikać, że tę samą pulę pieniędzy możemy zgarnąć do budżetu na różne sposoby. I że to może mieć duże konsekwencje dla gospodarki. Uważa się, i ja się z tym poglądem zgadzam, że lepiej jest opodatkowywać majątek i konsumpcję, niż pracę i kapitał. Tu pojawia się jednak kolejny temat tabu – opodatkowanie nieruchomości. Wiadomo, że coś trzeba z tym zrobić, znowu jednak nikt nie ma odwagi politycznej.
A w tych analizach, o których mówię chodzi o to, żeby budować w społeczeństwie i decydentach, wiedzę i zrozumienie. Teraz mówię rzeczy, w które sam nie do końca wierzę. (śmiech).
Zdarzyło mi się bywać na badaniach terenowych – bardzo je lubię, bo świat z perspektywy odległej Warszawie wygląda często inaczej. I kiedyś w czasie takich badań jeden z prezesów spółki komunalnej mówił, że boi się każdych wyborów, bo kandydaci na burmistrza mają zeszyty pełne głupich pomysłów.
To samo jest w Warszawie. Cała masa różnych dziwnych pomysłów, które ciężko skonfrontować, bo nie ma zaplecza eksperckiego. Co gorsza, dziś jest tak, że pomysł nowej ulgi czy nowego podatku może się pojawić jutro, a za dwa tygodnie będzie już podpisany przez prezydenta i wprowadzony. Bez żadnej refleksji, bez żadnych analiz. Tego brakuje.
Można coś z tym zrobić?
- Można próbować, choć politycy bywają bardzo odporni na argumenty, szczególnie ci, bez wykształcenia ekonomicznego.
Jest takie powiedzenie: stary podatek, to dobry podatek. Może więc nic nie trzeba zmieniać?
- Stary podatek, to dobry podatek, bo każde przejście z jednego reżimu do drugiego jest kosztowne. Trzeba się na nowo uczyć. Uczą się podatnicy, urzędnicy, sądy… Wszyscy muszą się dostosować do zmian. Mimo że podatki w Polsce postrzegane są jako coś bardzo, bardzo politycznego, to jednak jest to kwestia ekonomiczna. One oddziałują na ludzi.
Chodzi więc o takie ich ułożenie, by jak najmniej zniechęcały do pracy i oszczędzania. Jeśli więc po jakimś czasie zauważamy, że coś działa nie tak jak trzeba, no to wypadałoby coś z tym zrobić. Weźmy wspólne rozliczanie się małżonków. To jest niemądre. Zniechęca do legalnej pracy. Ale znów trudno to ruszyć z powodów politycznych. Choć są kraje, które od tego odchodzą.
Potrzebna jest głębsza refleksja nad systemem podatkowym jako całością. Ciężko o nią w rządzie, bo rząd jest polityczny. Potrzebne byłoby takie miejsce gdzieś z boku, które miałoby całościową wizję. W Polsce mieliśmy kiedyś „Strategię podatkową”, którą Ministerstwo Finansów umieściło na swojej stronie. Długo wisiała na tej stronie, bo nowa ekipa nie zauważyła jej istnienia. Ale oczywiście nic z tego nie wynikało. Dziś, jeśliby spytać jaką mamy wizję, to nie mamy wizji.
Stary podatek, to dobry podatek, ale rzeczywistość tak szybko się zmienia, że to, co było sensowne jakiś czas temu, dziś już nie ma uzasadnienia. Kiedyś opodatkowywało się tylko towary. To bardzo proste. Potem doszły usługi. I to jest niebotycznie bardziej skomplikowane, szczególnie jeśli usługa jest niematerialna, może być konsumowana w dowolnym miejscu na świecie i trudno ją wycenić. To są trudne rzeczy i trzeba tu iść z duchem czasu.
A jednolita stawka VAT na wszystkie towary i usługi? To dobry pomysł?
- Od strony ekonomicznej dobry. Choć nie rewelacyjny. Bo jedna stawka VAT ma też swoje minusy. Nie chodzi tylko o to, że chleb będzie droższy czy lekarstwa. Z tym można sobie poradzić. Choćby poprzez zwiększenie kwoty wolnej. Chodzi o to, by spojrzeć na to jako na całość. W jednym miejscu robimy coś, co może być niekorzystne dla jakiejś grupy podatników, ale w drugim możemy zrobić coś, dzięki czemu oni nie stracą. A w systemie będziemy mieli więcej pieniędzy.
Czyli wprowadzenie jednolitego VAT jest możliwe?
- No nie jest.
Z powodów politycznych?
- Tylko i wyłącznie. Doświadczenia pokazują, że nawet tam, gdzie ktoś zadał sobie trud polityczny i to zrobił, na przykład na Słowacji, przyjdzie potem ktoś, kto to rozmontuje. I to rozmontowywanie jest łatwe. Bo jak mamy jednolity VAT na poziomie kilkunastu procent, to przychodzi ktoś, kto mówi: „no ale lekarstwa?”. Czy jak przyjdzie do głosowania w Sejmie, to posłowie nie podniosą ręki za tym, żeby lekarstwa były tańsze? A chleb? Jak się już zrobi jeden wyłom, to dalej idzie jeszcze łatwiej.
No ale skoro nie da się zrobić jednej stawki, to niech już będą dwie, możliwie zbliżone do siebie. Jaki jest sens posiadania trzech stawek? Żaden. A tak jest u nas. Zdecydowała polityka. Ktoś chciał dostać punkty od wyborców.
A zróżnicowana kwota wolna od podatku? Malejąca wraz ze wzrostem dochodów. Ma sens?
- Pomysł, żeby była degresywna kwota wolna od podatku, to nic nowego. Ale wrócę do tego, o czym mówiłem: system, wizja. Chcemy takich i takich zmian. Kwota wolna, dzięki której więcej zyskują osoby z niższymi dochodami, jest instrumentem na okoliczność na przykład ujednolicenia stawek VAT. Albo pewnych ruchów w podatku od nieruchomości. Nie wykorzystaliśmy tego. Czy to dobre rozwiązanie? Trochę komplikuje system. Bardziej przeszkadza mi jednak to, że nie stała za nim żadna wizja. Wprowadzono to ad hoc, bo Trybunał Konstytucyjny, bo obietnica wyborcza. A mi marzyłoby się rozwiązanie bardziej systemowe, z jakąś wizją właśnie.
W ekonomii dobrze jest, jak się z jednej rzeczywistości w drugą przechodzi łagodnie, a nie skokowo. W podatkach działamy skokowo. Weźmy ulgę na dzieci. Jeśli ma być - dzieci nie mogą zarabiać. Bo, jak zarobią więcej od kwoty wolnej, to ulgi nie ma. I jak mamy dwójkę dzieci, gdzie jedno myśli o tym, jak by tu legalnie popracować, to jak zarobi tysiąc czy dwa, to nie ma kłopotu. Ale jak zarobi 3100 zł, to rodzina traci całą ulgę. I na to pracowite dziecko, i na drugie też. Więc czy opłaca się zarabiać?
Uczciwie nie. Bo jak pod stołem, to nie ma problemu.
- No właśnie.
Tym sposobem doszliśmy do uszczelniania podatków.
- Tak. I tu doszliśmy do roli wiceministra od podatków. Jeśli znajdzie on jakieś sensowne rozwiązania, to musi przekonać do nich najpierw ministra, z tym zwykle nie ma problemu, a potem także środowisko polityczne. I tu jest trudniej. Już dawno trzeba było zlikwidować rozliczenia kwartalne w VAT i utrudnić rejestrację firm do tego podatku. Do tego ważne było przejście na elektroniczne składanie deklaracji. Trzy lata temu nie było na to przyzwolenia. To w ogóle nie mieściło się w głowie w tamtym czasie. Tak samo jak to, że fiskus mógłby mieć wgląd w konta. Czasy na szczęście się zmieniły. Mam nawet wrażenie, że wahadło wychyliło się aż za bardzo w drugą stronę.
A co do samego uszczelniania, to kierunek jest jak najbardziej słuszny, choć przeraża nieadekwatne zwiększanie represyjności. Odnoszę czasem wrażenie, że minister sprawiedliwości chętnie wprowadziłby karę śmierci dla oszustów podatkowych.
Sukcesy są tu możliwe?
- Jeśli mówimy o VAT, to największa część luki, to nie są oszustwa, nie są przestępstwa. To nie jest mafia. To szara strefa. Ale jest też część przestępcza. I ona jest groźna, bo jak przykręcimy przestępcom śrubę w jednym miejscu, to oni pójdą w inne miejsce. I znów trzeba ich będzie gonić.
Nie wycofają się? Bo na podstawie sukcesów, jakie ogłasza rząd można wnioskować, że przestępcy z Polski uciekli. No, albo stali się uczciwi.
- No nie. Nie pójdą tak łatwo. We wszystkich krajach europejskich utrudnia się im życie. Ale z czegoś muszą żyć. Może część przerzuci się na jakiś inny typ działalności przestępczej.
Znowu na narkotyki?
- Przy podatkach mieli pracę, którą można nazwać umysłową. Może teraz wracają do twardych przestępstw: wymuszeń i haraczy. Tego nie wiem. Podjęcie tej walki miało jednak sens. I wbrew temu, co twierdzą niektórzy, ta walka zaczęła się już jakiś czas temu. Tylko na owoce trzeba było trochę poczekać. One przychodzą z opóźnieniem.
Dobrze się stało, że za PiS do resortu finansów trafił wiceminister Wiesław Jasiński, bo on to pociągnął i rozwinął. Pomagali mu ludzie z poprzedniej ekipy. Teraz już ich nie ma. Jasińskiego też nie. Są nowi dyrektorzy od podatków, zobaczymy jak będzie. Z tego mogą być pieniądze. Czy jednak dlatego, że przestępcy sobie poszli? Jedna z hipotez głosi, że tak naprawdę przestępcy się przyczaili. Myślą, gdzie by tu jeszcze można było zarobić. Trudniej się zarabia. Tym samym z pewnością atrakcyjność Polski dla grup przestępczych spadła.
Czy jednak ogłaszanie już teraz sukcesu w walce z przestępcami podatkowymi jest zasadne?
- Liczby pokazują, że pieniędzy jest więcej.
Ale duża część tych dodatkowych pieniędzy to najprawdopodobniej wstrzymane zwroty VAT dla przedsiębiorców.
- Tak. Ale… Nie chciałbym tu być adwokatem obecnej ekipy, ale bardzo możliwe, że część tych zatrzymanych zwrotów to pieniądze. które, gdyby je zwrócono, poszłyby w świat. Albo inaczej – trafiłyby do kieszeni przestępców. Nie wiem, nie mam danych, ale podejrzewam, że tak właśnie do pewnego stopnia mogło być. Może chodzić o zwroty nienależne, o próbę wyłudzenia VAT. Ministerstwo Finansów zarzeka się, że nie było rozkazu dla fiskusa, by wstrzymywał zwroty VAT dla uczciwych firm. I że nie próbuje sobie w ten sposób poprawiać wyników. Znów nie wiem – jestem poza gmachem [tak mówi się na resort finansów] – i nie mam dostępu do wiedzy.
Każda władza odtrąbia sukces. Taki to urok władzy. Bezsprzecznie działania podjęte już jakiś czas temu, zaczynają przynosić efekty i trzeba się z tego cieszyć. Warto jeszcze zauważyć, że część tych dodatkowych dochodów z VAT to efekty zmian legislacyjnych, które nie mają nic wspólnego z oszustwami. Mam tu na myśli na przykład ograniczenie możliwości odzyskiwania VAT przez jednostki samorządu terytorialnego, wprowadzone przy dużym oporze zainteresowanych jeszcze za mojej bytności w gmachu.
Polska była, i może nadal jest, w grupie krajów najbardziej dotkniętych przestępczością podatkową. Niektórzy powtarzali hasło: Polska największym lunaparkiem Europy. Chodziło o mnogość karuzel VAT, czyli mechanizmów do wyłudzania tego podatku.
- Jak się spojrzy na liczby dotyczące luki podatkowej, to Polska nie miała i nie ma największej luki. Jak się patrzyło na efektywność państwa, to słabo to wyglądało. Brakowało przede wszystkim wiedzy, świadomości i współpracy między resortami, a także wewnątrz resortów.
Reforma administracji skarbowej była potrzebna?
- Była. Ale nie w takim tempie i wykonaniu. Nie jako projekt poselski. To oczywiste. Jak można projekt, który dotyczy bezpośrednio kilkudziesięciu tysięcy urzędników i instytucji odpowiedzialnej za gromadzenie w praktyce całości dochodów budżetowych, wprowadzać w taki sposób? Bez prawdziwych konsultacji społecznych, bez przyzwoitej oceny skutków regulacji, w takim szalonym tempie?
Dziwne, że dochody z podatków tak rosną, biorąc pod uwagę chaos w administracji skarbowej, który wywołała ta reforma. Dość gwałtownie spadła liczba kontroli. Może negatywne efekty tego jeszcze zobaczymy. W każdym razie, ta maszyna dość dobrze rozpędziła się w końcówce rządów Platformy i Ludowców.
Z wiceministra w poprzedniej ekipie, Jacka Kapicy, wszyscy naśmiewali się, bo chciał 80-proc. skuteczności kontroli. To nabijanie się było absurdalne. Przecież kontrola powinna być skuteczna. To nie o to chodzi, by iść byle gdzie, do pierwszego lepszego podatnika. Pomysł, by nie chodzić byle gdzie, bo a nuż coś się znajdzie, lecz iść tam, gdzie jest spore prawdopodobieństwo sukcesu kontroli, jest sensowny. Obecny rząd też stara się tak robić i chwała mu za to.
Podobno mimo niesprzyjających czasów chcecie jednak poprawiać podatki?
- Kilka osób, które siedzą w podatkach, skupionych wokół Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych, wpadło na pomysł, by dokonać ich ekonomicznej oceny. Opartej na badaniach. Nie na widzimisię. Czegoś takiego dokonano już dwukrotnie w Wielkiej Brytanii i chcemy zastosować sprawdzone przez nich metody do oceny polskich podatków. Może dzięki temu politykom trudniej będzie wprowadzać w życie „dobre pomysły zmian”. Może, ktoś im zwróci uwagę, że skutki tego czegoś już policzono i one są inne, niż im się wydaje.
Podatek od banków miał nie zwiększyć kosztów dla klientów. Zwiększył, bo musiał zwiększyć. Próbowano wprowadzić podatek handlowy, żeby zrobić na złość Biedronce. I znów klienci mieli tego nie odczuć. A oczywiście odczuliby. To samo z opłatą drogową, która miała nie wpłynąć na ceny paliw. Oczywiście wpłynęłaby. Nie ma cudów. Podatki wpływają na ceny. W przypadku paliw, można mieć pewność, że całe te 20 gr plus VAT zapłaciliby klienci. Tu nie trzeba nawet żadnych skomplikowanych analiz ekonomicznych. To oczywistości. Kto mówi inaczej, ten po prostu ludzi oszukuje.
No dobrze, dobrze. Prezes Orlenu zapewniał, że nie będzie podwyżek. Ba, ceny być może nawet spadną.
- Czytałem ten komunikat. On był dobrze napisany. Wynikało z niego, że ceny paliw kształtuje wiele czynników. I możliwy jest ich spadek… jeśli ropa stanieje. Ale tak poważnie, nawet gdyby była decyzja polityczna, że Orlen i Lotos nie podnoszą cen, to ona by mogła działać tylko przez chwilę. Polska jest importerem paliw i po prostu zabrakłoby w kraju paliwa. Bo nie opłacałoby się go przywozić. Jego ceny wyznacza rynek w Amsterdamie. Do tego dochodzą opłaty, podatki. I stąd bierze się cena. Tu pole manewru polskich koncernów jest niewielkie.
A wracając do naszych badań, one mają mieć charakter edukacyjny. I dla podatników i dla polityków. Choćby w tak prostych sprawach, że jak się podnosi podatek to będzie drożej. Politykom dzięki temu trudniej będzie kłamać.