Cyberkatastrofa reżimu Łukaszenki. Hakerzy raz po razie wykradają i publikują największe tajemnice

Kompletna baza danych paszportowych, dane wszystkich policjantów i informacje o ich przebiegu służby czy ogromny zasób podsłuchanych i nagranych rozmów. To wszystko i wiele więcej mieli w ciągu ostatniego miesiąca wykraść hakerzy wrodzy reżimowi Aleksandra Łukaszenki. Skala cyfrowej katastrofy białoruskich władz robi wrażenie.

Za serią włamań i kradzieży danych stoi organizacja przedstawiająca się jako Białoruscy Cyberpartyzanci. Tak jak cała białoruska opozycja, jest aktywna na Telegramie. Na swoim kanale wrzuca informacje o kolejnych sukcesach. W ostatnim miesiącu miały one być naprawdę imponujące. Nazywają to "Operacją Żar".

Zobacz wideo

Nawet reżim ciut się przyznał

Trudno niezależnie zweryfikować prawdziwość twierdzeń cybernetycznych partyzantów, ale jako o wiarygodnych pisze o nich Tadeusz Giczan. Były szef dużego opozycyjnego kanału informacyjnego NEXTA_TV, który obecnie rozwija karierę naukową w Wielkiej Brytanii i w ramach amerykańskiego think-tanku regularnie pisze o działaniach białoruskiej opozycji, w tym tej cybernetycznej. W jego opinii to, co się stało w ostatnim miesiącu, może być największym w historii tego rodzaju atakiem na państwowe systemy. Wiarygodnie wyglądają też zdjęcia i nagrania udostępnione przez hakerów. Między innymi wideo wykonane przez policyjne drony podczas opozycyjnych protestów.

Co więcej, jak relacjonuje telewizja Biełsat, do włamań pośrednio przyznał się białoruski reżim. Szef KGB Iwan Tsertsel, którego dane między innymi opublikowali hakerzy, przyznał, że kontrwywiad miał "zanotować znaczący wzrost aktywności wrogich zagranicznych służb wywiadowczych". - Używają nowoczesnych technik informatycznych. Hakerzy kradną dane osobiste i systematycznie zbierają informacje na temat kluczowych urzędników oraz ich rodzin - mówił podczas spotkania z przedstawicielami lokalnych władz pod koniec lipca. Fragment tej wypowiedzi wyemitowała państwowa telewizja.

Słowa szefa białoruskiego KGB pośrednio potwierdzają, że hakerzy w przeciągu ostatniego miesiąca wielokrotnie włamali się do baz danych zarządzanych przez białoruskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.

Aleksandr Łukaszenka sterroryzował naród, byleby utrzymać władzę"Tęsknię za tyloma rzeczami, do których nie mogę wrócić". Mieli nadzieję, zostali z tęsknotą i bólem

Cios za ciosem

Do największych zdobyczy hakerów ma się zaliczać kompletna baza danych paszportowych. Zawiera ona zdjęcie, dane osobowe i między innymi informacje na temat miejsca zatrudnienia każdego Białorusina, który składał wniosek o paszport. Nawet tych, których dane są uznawane za tajemnicę. Między innymi osób pracujących w strukturach siłowych czy administracji prezydenckiej. Pokazano nawet kolejne zdjęcia syna Łukaszenki, Nikołaja, urodzonego w 2004 roku. Od kilkuletniego chłopca, po nastolatka, którego dyktator zabiera na różne oficjalne uroczystości i wydaje się szykować na następcę. Załączono do tego zdjęcia jego mamy, swojego czasu kochanki Łukaszenki, który oficjalnie ciągle jest mężem swojej pierwszej żony.

Hakerzy twierdzą, że informacje z tej bazy danych pozwoliły im też obliczyć skalę nadmiarowych zgonów w latach 2020/21. Białoruski reżim bagatelizuje pandemię i nie podaje informacji na ten temat. Według hakerów liczba nadmiarowych zgonów w okresie pandemii wyniosła już 34 tysiące, czyli kilkanaście razy więcej niż według oficjalnych danych.

Cyberpartyzanci pokazali też fragmenty zapisów rozmów z bazy danych numeru alarmowego 102. Twierdzą, że mają zapis każdego telefonu wykonanego nań w ciągu ostatnich dziesięciu lat. W tym takich połączeń, w których ludzie donosili na innych ze względu na powieszenie w oknie zakazanej flagi biało-czerwono-białej, czy angażowanie się w jakąkolwiek działalność opozycyjną.

Hakerzy twierdzą również, że zdobyli pełną bazę danych osobowych pracowników MSW i policji, z informacjami na temat przebiegu służby wszystkich funkcjonariuszy. W tym, jakie sprawy prowadzili, czy jakie wykroczenia popełnili, które potem były badane przez wewnętrzny wydział bezpieczeństwa. Jednocześnie mieli mieć dostęp do wszystkich kamer podłączonych do policyjnej sieci. W tym tych na posterunkach, w aresztach czy więzieniach. Do tego mieli zgrać zapisane w bazach danych nagrania z policyjnych dronów, których używano między innymi do obserwacji opozycyjnych protestów.

Wykradzione miały zostać też dane osób służących w jednostce 5448 białoruskiego MSW, która ma być reżimowym odpowiednikiem opozycyjnych cyberpartyzantów. Ludzie, którzy zajmują się szerzeniem dezinformacji, oraz pro-Łukaszenkowskiej propagandy, wykradaniem danych opozycjonistów i tak dalej. Opublikowano ich zdjęcia i dane.

Jak podkreśla Giczan, szczególne znaczenie ma inna udana kradzież w wykonaniu cyberpartyzantów. Udało im się bowiem zgrać ogromną bazę danych podsłuchanych połączeń telefonicznych, idącą w terabajty. Wśród nich mają być nagrania połączeń wykonywanych przez teoretycznie lojalnych zwolenników reżimu, co pokazuje poziom braku zaufania i paranoi panującej w szeregach władzy.

W sprawie Białorusi Unia Europejska zrobiła zaledwie mały ułamek tego, co zrobić mogła. Wygrał strach i dbanie o własne interesy"Nie było chęci ostrego dołożenia Łukaszence". Tak UE "walczy" z dyktatorem

Podważanie poczucia bezpieczeństwa

Taki jest też główny deklarowany cel opozycyjnych hakerów - podkopywać morale członków aparatu władzy, bez których reżim Łukaszenki się zawali. Już na początku protestów po sfałszowanych wyborach prezydenckich rok temu, wykradali i publikowali dane osobowe funkcjonariuszy mogących być zaangażowanymi w tłumienie demonstracji. Miało to na celu odarcie ich z anonimowości, którą próbowali zachować i wywarcie na nich presji społecznej.

Teraz tak samo hakerzy deklarują, że nie chcą pozwolić, aby aparat represji i wszyscy umożliwiający jego działanie wygodnie chronili się za anonimowością i tajemnicą. Cyberpartyzanci w swoich wpisach nieustannie podkreślają, że gromadzą te wszystkie dane, aby nikt nie myślał, że będzie mógł ukryć się przed sprawiedliwością. Kiedy już reżim Łukaszenki upadnie i nastanie czas rozliczeń.

Czy i kiedy rzeczywiście do tego upadku dojdzie, nie jest pewne. Do czasu rozliczeń za brutalne represje może nie dojść szybko. Jest jednak pewne, że skala włamań i kradzieży do baz danych, ograniczy zaufanie nawet członków reżimu do własnych służb bezpieczeństwa. Samo w sobie Łukaszenki to nie obali, ale na pewno jest to istotny element presji.

Więcej o: