Kiedy w 2014 roku Panasonic, ostatni z wielkich producentów, ogłosił koniec produkcji telewizorów plazmowych, dla wielu fanów kina domowego był to prawdziwy cios. Plazmy przez lata zachwycały kinową jakością obrazu - żaden LCD nie mógł się równać z ich głęboką czernią i płynnym ruchem. Co więc poszło nie tak?
W czasach swojej świetności plazmy nie miały sobie równych. Problem w tym, że za tę jakość trzeba było słono płacić - i to nie tylko przy zakupie. Rachunki za prąd były o wiele większe niż w przypadku konkurencyjnej technologii. 50-calowa plazma zżerała nawet kilka razy więcej watów niż podobnej wielkości LCD. Nic dziwnego, że wraz z rosnącymi cenami energii i zaostrzającymi się normami w UE, konsumenci i sami producenci zaczęli się od nich odwracać.
Zresztą podobna sytuacja powtórzyła się na przestrzeni ostatnich kilku lat. Gdy wydawało się, że telewizory 8K zaczynają stawać się nowym hitem, normy narzucone przez UE odnośnie zużycia energii, skutecznie zahamowały ich rozpowszechnianie.
Właściciele plazm musieli się też liczyć z kilkoma uciążliwymi wadami. Najgorsza była podatność na wypalanie obrazu. Telewizory plazmowe wykorzystywały komórki wypełnione gazem szlachetnym, który pod wpływem wyładowań elektrycznych tworzył plazmę. Ta z kolei emitowała promieniowanie UV, które pobudzało warstwę materiałów fluorescencyjnych do emisji światła widzialnego. Z czasem te materiały fluorescencyjne ulegały degradacji, co prowadziło do zmniejszenia jasności i intensywności kolorów.
Samo wyprodukowanie telewizora plazmowego było trudniejszym przedsięwzięciem logistycznym. Panel wymagał precyzyjnej technologii, drogich gazów szlachetnych i skomplikowanego montażu. Tymczasem fabryki LCD działały pełną parą, obniżając koszty produkcji z kwartału na kwartał. Różnica w cenie stawała się coraz bardziej zauważalna dla klientów.
Prawdziwy cios przyszedł wraz z erą 4K. O ile producenci LCD mogli łatwo przeskoczyć na wyższą rozdzielczość, o tyle w przypadku plazmy było to praktycznie niewykonalne. Koszt wyprodukowania panelu plazmowego 4K byłby astronomiczny. Nawet jeśli producenci zaczęliby produkować ekrany o takiej rozdzielczości, nie tylko ceny tych telewizorów byłyby o wiele wyższe, ale również pobór prądu zwiększyłby się do wartości nieakceptowalnych dla większości ludzi.
Ostatecznym następcą plazmy okazała się technologia OLED. Te nowoczesne ekrany przejęły wszystko, co było dobre w plazmach - perfekcyjną czerń, świetny kontrast, szerokie kąty widzenia - eliminując przy tym ich największe wady. Są energooszczędne, cienkie i, co najważniejsze, dostępne w rozdzielczości 4K.
Plazmy nie zabiła jedna wielka wada, ale seria mniejszych problemów. Każdy z nich - czy to wysokie zużycie prądu, czy problemy z wypalaniem - można by pewnie rozwiązać (tak jak było to w przypadku pierwszych OLED-ów). Producenci uznali jednak, że lepiej przejść na inny rodzaj technologii. Szczególnie, że klienci coraz częściej wybierali LCD i ich następstwa w postaci LED-ów czy QLED-ów, a na horyzoncie pojawiła się obiecująca technologia OLED.