Spiders Web: Android nie jest taki otwarty, jak go malują

Otwartość bywa przedstawiana jako jedna z głównych przewag Androida nad iOS Apple. Tyle, że w praktyce, wcale nie jest z nią aż tak różowo.
Android Logo
fot. Google

Android powstał w oparciu o jądro linuksa. Jest udostępniany za darmo, wraz z kodem źródłowym, na otwartej licencji Apache. W przeciwieństwie do iOS, umożliwia instalowanie zewnętrznych aplikacji spoza centralnego katalogu (sklepu). Pozwala na daleko idące ingerencje użytkownika w swój wygląd i działanie. O rozwój systemu dba konsorcjum Open Handset Alliance składające się z firm takich jak HTC, Motorola, Samsung, Dell, Toshiba, Sony Ericsson, Garmin, T-Mobile, Intel, NVIDIA eBay i - oczywiście - Google. Jednym słowem: Android to wzór otwartości , niezależnie od tego, jak rozumiemy to słowo. A jednak nie do końca .

Zamknięty przez operatora

Wszystko byłoby dużo prostsze, gdyby smartfony kupowało się tak samo, jak komputery. Czyli - płacąc całą kwotę i mając (przynajmniej teoretycznie) wybór systemu operacyjnego. Ale jest inaczej - telefony kupujemy zwykle razem z dwuletnią umową z operatorem komórkowym. Poza producentem sprzętu i dostawcą oprogramowania musimy wybrać też sprzedawcę usług . Usług, które ze swojej natury mają tylko jedną, istotną dla użytkownika cechę: cenę. W końcu wszystkie minuty i wszystkie megabajty "wyglądają" tak samo. A jeśli są takie same, to po co przepłacać? To prosta droga do sytuacji, w której operatorzy mogą konkurować między sobą jedynie obniżając ceny. Oczywiście, dzieje się tak cały czas - stąd stale spadający średni przychód z klienta. I pewnie operatorzy nie mieliby nic przeciwko temu, gdyby nie fakt, że są zwykłymi, rynkowymi przedsiębiorstwami, których celem jest zarabianie pieniędzy. Mają swoje sposoby, by pozyskiwać utrzymywać i redukować koszty. Dwuletnie umowy , simloki, tańsze połączenia wewnątrz sieci - to tylko niektóre z nich. Chętnie korzystają też z faktu, że jako najwięksi (a w zasadzie - jedyni) klienci producentów telefonów mają duży wpływ na to, jak działają komórki sprzedawane w ich salonach.

I tak, na przykład posiadacze HTC Aria w amerykańskiej sieci AT&T nie mogą instalować w swoich smartfonach aplikacji spoza Android Market . Po co świadczyć wsparcie techniczne dla użytkowników, którzy zainstalują coś potencjalnie niebezpiecznego? To w końcu kosztuje.

Z kolei Verizon zmusza użytkowników Samsunga Fascinate (jedna z amerykańskich odmian Galaxy S) do korzystania z wyszukiwarki Bing . Skoro klient płaci coraz mniejsze rachunki, operator zarobi na umowie z Microsoftem.

Polscy dostawcy są na tym tle dość liberalni - jedyne, czego powinniśmy się spodziewać, to zmieniona tapeta, kilka (mniej lub bardziej przydatnych) aplikacji i... opóźnienie w aktualizacji systemu (spowodowane modyfikacjami dokonywanymi przez operatora ).

Wystarczy jednak kupić smartfon z Androidem prosto od producenta, by uniknąć operatorskich ograniczeń, prawda? Otóż nie. Nawet jeśli masz Nexus One kupionego prosto od Google , nie zainstalujesz (przynajmniej oficjalnie) aplikacji Skype. Chyba, że jesteś abonentem amerykańskiego Verizona. Operator dogadał się ze Skype na wyłączność . Ktoś inny zdecydował co możesz, a czego nie możesz zrobić ze swoim telefonem - mimo, że przeszkody techniczne nie istnieją. Jak Wam się podoba taka otwartość?

Mniejszy brat Google

Google też nie jest do końca święty (przepraszam - otwarty). Światło dzienne ujrzał ostatnio  pozew , jaki wniosła do sądu pewna niewielka firma oferująca technologie lokalizacyjne. W skrócie, Skyhook zarzuca Google'owi nieuczciwą konkurencję. Według firmy, wyszukiwarkowy (a w zasadzie - reklamowy) gigant zmusił Motorolę do korzystania z własnych technologii lokalizacyjnych (początkowo, Moto miało użyć w swoim najnowszym smartfonie z Androidem rozwiązań Skyhook).

Podobno, jako straszaka użyto Android Marketu i aplikacji Google (m.in. Gmail). Każdy producent sprzętu może instalować na nim Androida, ale nie każdy ma prawo do udostępnienia swoim klientom google'owskiego sklepu z aplikacjami albo klienta Gmail. A smartfon bez aplikacji jest niczym . By zyskać prawo do tzw. Google Experience, dany produkt (sprzęt plus oprogramowanie) musi przejść dwuetapowy proces akceptacji. W pierwszym etapie Google sprawdza smartfon za pomocą oprogramowania Compatibility Test Suite. W drugim, pracownicy firmy dokonują oceny zgodności z tzw. Compilance Definition Document. O ile sama specyfikacja jest dostępna publicznie (PDF), o tyle jej interpretacja zależy wyłącznie od woli wspominanych pracowników. Według Skyhook, daje to Google możliwość "arbitralnego ocenienia dowolnego oprogramowania albo funkcji jako niezgodnych z CDD". Coś Wam to przypomina?

Wybierz swojego despotę

Paradoksalnie, to wszystko dzieje się w momencie, gdy Steve Jobs luzuje (prawdopodobnie pod wpływem śledztwa prowadzonego przez FCC, amerykański odpowiednik UKE i KRRiT) zasady obowiązujące twórców aplikacji na platformę iOS . W końcu doczekali się oni dokumentu opisującego reguły zatwierdzania treści umieszczanych w App Store. Adobe może już pracować nad oprogramowaniem umożliwiającym uruchamianie aplikacji Flash na iOS.

Dla kogoś, kto kieruje się przede wszystkim poziomem otwartości systemu operacyjnego , Android ciągle pozostaje ciągle znacznie lepszym wyborem niż iPhone. Tyle, że podział jest coraz mniej czarno-biały . Zamiast wybierać między rozwiązaniami zamkniętymi, a otwartymi, w coraz większym stopniu jesteśmy skazani na wybór między różnymi modelami despotyzmu. O ile oczywiście uznajemy otwartość za istotną zaletę danej platformy.

Michał Młynarczyk

Więcej o: