Co zagraża polskim motylom? Ekspertka: Organizując sobie świat, trochę się zagalopowaliśmy [WYWIAD]

Akcja Adoptuj Pszczołę, której organizatorem jest Greenpeace, a patronem Gazeta.pl, prowadzana jest już po raz ósmy. Tegoroczna edycja jest jednak wyjątkowa. Tym razem można wesprzeć nie tylko pszczoły, ale i motyle. Pieniądze zebrane w ramach akcji zostaną przeznaczone na stworzenie Sieci Życia - konstelacji miejsc, w których różnorodność roślin oraz prawidłowa ich ochrona stworzą wymarzone warunki dla zapylaczy. Dlaczego jej potrzebujemy? O kondycji motyli dziennych opowiedziała nam para badaczy tych zwierząt - profesor Uniwersytetu w Białymstoku dr hab. Marcin Sielezniew i Izabela Dziekańska.

Ile mamy motyli w Polsce? Czy prowadzimy badania, które wskazywałyby na to, że ich sytuacja jest coraz gorsza? A może motylom w Polsce żyje się dobrze?

Dr hab. Marcin Sielezniew: W Polsce jest ponad 150 gatunków motyli dziennych i ponad 3000 gatunków ciem, które nazywa się też motylami nocnymi. Choć tych drugich jest 20 razy więcej niż pierwszych, o motylach dziennych wiemy zdecydowanie więcej. Wiadomo, że ok. 40 proc. krajowych gatunków z tej grupy jest mniej lub bardziej zagrożonych, a 20 proc. jest bardzo lub krytycznie zagrożonych. Jest to dość znacząca liczba. 

Wiemy, że głównym problemem pszczół, które tak jak motyle są zapylaczami, jest utrata siedlisk. Czy problemy pszczół i motyli są takie same?

M.S.: Trzeba podkreślić, że zapylacz zapylaczowi nierówny. Jeśli chodzi o pszczołę miodną, to ma ona domy wykreowane przez człowieka. Dla innych pszczołowatych - z lepszym lub gorszym skutkiem -  są tworzone tzw. hotele dla owadów. Tym gatunkom potrzebne są przede wszystkim kwiaty i schronienie. Motyle mają bardziej skomplikowane potrzeby życiowe. Ich gąsienice są w zdecydowanej większości roślinożerne i mniej lub bardziej wybiórcze - są takie, które żerują na różnych roślinach, ale i takie, które jedzą tylko jeden ich gatunek. Ludzie często zapominają o tym aspekcie życia motyli, bo jest on mniej atrakcyjny i mniej widoczny. O ile w dorosłych motylach zwykle dostrzegamy coś pozytywnego, to w gąsienicach już niekoniecznie. 

Izabela Dziekańska: Tak jest też niestety z ćmami. Fachowo określa się je mianem motyli nocnych, jednak jest to dość niefortunna nazwa, bo są i takie gatunki ciem, które latają wyłącznie w dzień. Wbrew powszechnej opinii, ćmy nie są tylko szarobure. Potrafią być bardzo kolorowe, metalicznie się błyszczeć i wyglądać jak żywe klejnoty. Ćmy są bardzo niedoceniane. Wiemy o nich mniej niż o motylach dziennych, ale ostatnie badania pokazują, że ćmy są bardzo istotnymi zapylaczami, że uzupełniają pracę zapylaczy dziennych i mogą przenosić pyłek na znaczne odległości. To istotne, bo dzięki temu zwiększa się przepływ genów między roślinami rosnącymi w oddalonych od siebie miejscach, co pozytywnie na nie wpływa.

M.S.: Motyle są wierzchołkiem góry lodowej jeśli chodzi o bioróżnorodność. Z jednej strony są gatunkami wskaźnikowymi, a z drugiej pewnego rodzaju parasolami. Wiadomo, że jeśli będziemy je chronić, będziemy chronić także inne, mniej rzucające się w oczy, a często bardzo istotne organizmy, które są potrzebne dla równowagi ekosystemu. Będziemy wspierać także te organizmy, które są nie mniej zagrożone, ale mają po prostu mniejszą "siłę przebicia".

I. D.: Motyle są świetnymi wskaźnikami, bo są bardzo wrażliwe na zmiany zachodzące w środowisku. Są wrażliwsze od roślin i ptaków. 

M.S.: Wykazały to badania, które opublikowano już 20 lat temu. Kiedy porównano wrażliwość motyli, roślin i ptaków na zmiany w środowisku, okazało się, że motyle reagują na nie pierwsze. Nie ma to jednak dużego przełożenia na praktykę ochrony środowiska w Polsce. Jeśli chodzi o różnego rodzaju dopłaty i pakiety rolnośrodowiskowe, kładzie się nacisk na ochronę konkretnych gatunków ptaków i ich siedlisk. Rolnik dostaje pieniądze za skoszenie łaki w odpowiednim terminie, który jest często niekorzystny dla motyli. Unia Europejska zdała sobie z tego sprawę. Widać pewną zmianę nastawienia, coraz większy nacisk kładzie się na ochronę bezkręgowców. Aby chronić motyle, potrzebne są nam rozwiązania systemowe, dlatego jako Towarzystwo Ochrony Motyli lobbujemy w Ministerstwie Rolnictwa, żeby na wzór dopłat środowiskowych związanych z ochroną ptaków, wprowadzono także dopłaty, które mogłyby służyć motylom i ich siedliskom. Pakiety motylowe byłyby nowatorskim projektem i wyjściem naprzeciw temu, czego oczekuje Unia Europejska. To rozwiązanie, które można wprowadzić w sposób bezkonfliktowy z gospodarką rolną. W ochronie motyli chcielibyśmy stosować metodę marchewki, a nie kija, bo ta druga do niczego nie prowadzi. 

I. D.: Żeby było jasne, nie chodzi nam o to, żeby ochrona motyli działa się kosztem ptaków, sami z resztą współpracujemy z ornitologami. Chodzi o to, żeby siedliska szczególne dla motyli pozostawić motylom, a ptakom, które są mniej wrażliwe na zmiany środowiskowe, oddać do dyspozycji inny teren. Istotna jest waloryzacja i ocena tego, jakie są najważniejsze potrzeby poszczególnych gatunków w danym miejscu.

Mówią Państwo o dopłatach dla rolników. A co z motylami w miastach? Czy postępująca urbanizacja stanowi dla nich zagrożenie?

MS: Ochrona motyli powinna dotyczyć różnych poziomów i różnych siedlisk. Inne problemy obserwujemy w miastach, inne na terenach podmiejskich, a inne na wsiach. 

I. D.: W miastach praktycznie wszystko jest urządzone - i na osiedlach i wzdłuż ciągów komunikacyjnych i w parkach, a nieużytek to działka, której ktoś jeszcze nie wykorzystał. Dla motyli takie miejsca to enklawki życia, ale ludzie postrzegają je jako świadectwo niegospodarności. Jeśli gdzieś koszenie jest odroczone, mieszkańcy często alarmują urzędy, że jest tam bałagan.

M.S.: W niektórych miastach wprowadza się ograniczenie koszenia, np. z siedmiu do trzech razy w roku. To jest krok w dobrą stronę - oszczędzamy paliwo, ograniczamy liczbę zanieczyszczeń i zmniejszamy hałas, jednak z perspektywy motyli to wciąż jest zbyt intensywne wykaszanie. Lepszym rozwiązaniem dla owadów jest koszenie rotacyjne, które polega na tym, że część terenu się wykasza, a na części pozostawia się dziko rosnące rośliny. Oczywiście nie jesteśmy za tym, żeby wszędzie zostawiać chaszcze. Są tereny, które wręcz powinny być koszone. Tereny rekreacyjne, na którym ludzie piknikują czy uprawiają sporty, mogą mieć krótko przystrzyżony trawnik.

I. D.: Chodzi o to, żeby pewne połacie pozostawić w sezonie bez koszenia lub też kosić je rotacyjnie. Żebyśmy nie podchodzili do zieleni tak pedantycznie jak dziś. Póki co, niestety, często na teren nieskoszony patrzymy jak na chwasty i chabazie, a to są nasze dzikie rośliny, które mają swój urok i są potrzebnym elementem przyrody. Klasykiem jest pokrzywa, prawdziwa królowa motylich ogrodów, która nie tylko ma zastosowanie w ziołolecznictwie, ale na której rozwijają się jedne z najpiękniejszych polskich motyli - wielokolorowy pawik, migrujący z dalekiego południa admirał, powycinany jak listek ceik, czy kratnik, którego wiosenne pokolenie wygląda kompletnie inaczej niż to letnie. Jeśli tych pokrzyw w przestrzeni miejskiej nie będzie, to choćbyśmy nie wiem jak piękną łąkę kwietną posadzili, to zjawią się tam tylko motyle, które mają zdolności przemieszczania się na większe odległości. W związku z tym nie będzie ich tam tak dużo, jakby mogło być, gdyby rozwijały się gdzieś w sąsiedztwie. 

M.S.: Takie motyle pospolite jak pawik, admirał czy cytrynek mają to do siebie, że są dosyć ruchliwe, dlatego mamy jeszcze szanse spotkać je w miastach, bo czasem skądś przylecą, choć rozwijają się z dala od przestrzeni miejskiej. Inaczej jest z motylami, które są domatorami, czyli prowadzą osiadły tryb życia. Te gatunki znikają z miast, jeśli nie mają bazy roślin, którymi żywią się ich gąsienice.

I. D.: Jeśli chodzi o tereny wiejskie, to z pewnością jest tam więcej nieużytków, na których mogą rozwijać się dzikie rośliny, w tym żywicielskie gąsienic wielu gatunków motyli. Ale są dwa problemy. Jednym z nich są wielkoobszarowe uprawy. To są olbrzymie tereny, których wiele gatunków motyli po prostu nie jest w stanie pokonać. Są motyle, które z natury są migrantami i one dadzą sobie radę, ale jest wiele takich, dla których to zbyt duża odległość. Natomiast jeśli byłyby jak dawniej miedze kipiące dziką roślinnością, sprawa wyglądałaby inaczej. Poza tym w takich miejscach mogłyby się rozwijać gatunki, które później zapylają uprawiane przez nas rośliny. Innym problemem motyli na wsiach, ale nie tylko, są rośliny inwazyjne. 

M.S.: Najbardziej kłopotliwe są dwa gatunki nawłoci pochodzące z Ameryki Północnej - kanadyjska i późna. Te rośliny mają tendencję to tworzenia łanów i pokryły już tysiące hektarów prawie w całej Polsce. 

I. D.: Miejsca, w których niegdyś były nieużytki i były oazami dla motyli, teraz porośnięte są nawłocią i łubinem. Ta pierwsza to taka femme fatale. Ludzie się nią zachwycają, bo wygląda to naprawdę malowniczo, jak taka żółta plama rozlewa się po krajobrazie. Mało tego - owady chętnie z niej piją, a my mamy z niej miód nawłociowy. Wydaje się więc pożyteczna, ale to tylko pozory. Dajemy się jej uwieść, a tymczasem tracimy siedliska zarówno rzadkich jak i pospolitych gatunków. Nawłoć zadusza rodzime rośliny, a wraz z nimi znikają żyjące na nich zwierzęta. Na takim terenie powstaje monokultura. Tak więc nie sadźmy nawłoci w ogródkach, tylko ją z nich wyrywajmy!

M.S.: Człowiek wprowadził wiele zmian do środowiska naturalnego, m.in. sprowadzając obce gatunki roślin. Jeśli chodzi o tereny otwarte, natury nie można pozostawić samej sobie. Motyle dzienne są z reguły związane z tzw. półnaturalnymi siedliskami otwartymi, które w naszych warunkach klimatycznych bez naszej ingerencji zamieniłyby się zwykle prędzej czy później w las. Do wyjątków należą łąki wysokogórskie powyżej górnej granicy lasu. Z jednej strony propagujemy więc hasło: “Nie wykaszajmy motyli”, z drugiej nie możemy dopuścić do tego, aby ich stanowiska zarosły.

I. D.: Organizując sobie świat, trochę się zagalopowaliśmy i zapomnieliśmy, że jesteśmy częścią przyrody. Patrzymy krótkowzrocznie, nie myśląc o tym, jakie będą dalsze konsekwencje. Dobrze by było, żebyśmy w kwestiach zieleni zrobili parę kroków wstecz, zachwycali się tym, co retro. Podziwiamy wzornictwo z dawnych lat, więc wróćmy do tych trawników, które pamiętamy z dzieciństwa, na których podglądaliśmy zwierzaki i zbieraliśmy kwiatki na wianki czy babkę, żeby przyłożyć ją do stłuczonego kolana.

Wykaszanie trawników i rośliny inwazyjne to jedno. A co ze zmianami klimatu? Czy zagrażają one motylom? Czy polskim zapylaczom robi się za ciepło?

M.S.: Zmiany klimatu oddziałują na motyle w bardzo różny sposób. Badania wykazały, że zyskują na nich motyle będące generalistami, które mają stosunkowo niewielkie potrzeby, a ich zasięgi w skali Europy mogą przesuwać się na północ. Problem jest ze specjalistami, zwłaszcza tymi, które prowadzą osiadły tryb życia. Kiedy czynniki klimatyczne nakładają się na czynniki czysto antropogeniczne, tworzy się śmiertelny koktajl. Zmiany klimatu powodują między innymi, że przesuwają się tzw. nisze klimatyczne motyli. Upraszczając, po prostu robi się dla nich za ciepło i muszą gdzieś uciec. Gatunki borealno- górskie, które występują tylko w górach i tylko na północy, powinny więc zmienić swoje zasięgi występowania, przemieszczając się odpowiednio na wyższe wysokości lub w kierunku biegunów. W przypadku terenów górskich pojawia się problem, rzekłbym, natury geometrycznej - każda góra jest stożkiem, a czym wyżej, tym powierzchnia siedlisk będzie coraz mniejsza. A w końcu ucieczka w wyższe partie gór stanie się niemożliwa. Podobnie z gatunkami arktycznymi - one też nie mają gdzie się przemieścić. Poza tym to nie tylko kwestia temperatur, w nowych niszach klimatycznych motyle muszą znaleźć odpowiednie siedliska, czyli m.in. rośliny żywicielskie gąsienic.

Obserwujemy także zmiany w fenologii motyli - widzimy np. że gatunek, który miał kiedyś jedno pokolenie, ma teraz dwa pokolenia w roku. Można zapytać, czy to nie jest pozytywna zmiana, skoro motyli jest więcej. To zjawisko prowadzi jednak do różnych pułapek, bo fenologie motyla i jego rośliny żywicielskiej mogą się rozmijać - on się obudzi z zimowego snu, a jego rośliny żywicielskiej nie będzie, bo jeszcze się nie rozwinęła albo już przekwitła. Z kolei potomstwo dodatkowego pokolenia jesiennego może z kolei nie zdążyć osiągnąć odpowiedniej fazy rozwoju przed ochłodzeniem. 

Jeśli rozmawiamy o zmianach klimatu, trzeba powiedzieć, że są motyle, które znikają z niewyjaśnionych dotychczas powodów. Ich rośliny żywicielskie nadal są, niby nic się nie zmieniło, ale jednak wyginęły. Można podejrzewać, że kluczowe były czynniki klimatyczne, choć twardych dowodów na to nie ma.

I. D.: Przykładem może być motyl szlaczkoń szafraniec. Ten gatunek wciąż w Polsce jest, ale inny motyl - modraszek eros - który występował w tych samych siedliskach i żywił się tą samą rośliną, wyginął. Stąd wniosek, że był bardziej wrażliwy i choć nie jest jasne, co się stało, domniemamy, że jest to efekt zmian klimatycznych. 

M.S.: W niektórych przypadkach ocieplenie klimatu działa odwrotnie - są gatunki, które były skrajnie zagrożone, a dziś zwiększają swój zasięg. Tutaj za przykład może posłużyć skalnik driada, który wykazuje ekspansję w południowo-wschodniej Polsce, a niegdyś obserwowany był tylko w kilku miejscach w okolicach Krakowa i na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Inny przykład to pasyn debrak, który w Polsce został uznany za wymarły 50 lat temu, choć cały czas występował u naszych sąsiadów tj. na Ukrainie i Słowacji. W 2019 roku pojawił się jednak ponownie na Pogórzu Przemyskim. Prawdopodobnie źródłem tej kolonizacji były populacje zza granicy. Inna sprawa, że w międzyczasie gatunek zaadaptował się do obcego i inwazyjnego gatunku - robinii akacjowej, na którym teraz rozwija się w Polsce. 

A jak wygląda ochrona motyli w Polsce w praktyce?

M.S.: Od blisko 10 lat prowadzony jest monitoring tzw. gatunków naturowych, w tym motyli. Są to gatunki, które są wyszczególnione w załącznikach dyrektywy siedliskowej [to potoczna nazwa dyrektywy Rady Wspólnot Europejskich z dnia 21 maja 1992 r. w sprawie ochrony siedlisk przyrodniczych oraz dzikiej fauny i flory, która jest  elementem prawa Unii Europejskiej - red.]. Monitoring zlecony jest przez Główny Inspektorat Środowiska, a realizował go do tej pory Instytut Ochrony Przyrody w Krakowie. Takie badania na sieci stanowisk monitoringowych przeprowadza się co kilka lat, a więc relatywnie rzadko. W związku z tym nie zawsze można wychwycić trendy w liczebności populacji, biorąc pod uwagę często znaczne wahania liczebności, które mogą wynikać choćby z warunków pogodowych. Tymniemniej widzimy jednak, że ogólnie dzieje się źle. Są takie stanowiska, które zostały usunięte z sieci, bo gatunków, które tam obserwowaliśmy, już tam nie ma.

I. D.: Niektóre gatunki motyli są chronione prawnie, ale jeśli rozwijają się na prywatnej łące, to całkowicie legalnie można je “wykosić”. To jest pewien paradoks, bo kłusownik, który zabije zwierzę chronione, może zostać ukarany mandatem, ale właściciel łąki, który eliminuje całą populację chronionych motyli, wykaszając rośliny, już nie. Do rolnika trudno mieć pretensje i nie chodzi absolutnie o to, żeby go karać, ponieważ zwykle robi to nieświadomie, a poza tym chce za coś żyć. Ubolewamy, że nie ma regulacji, które pozwalałyby chronić motyle przed tego typu sytuacjami tak, aby korzyść była obopólna - i dla przyrody i właścicieli takich przyrodniczych perełek.

M.S.: Ludzie często nie zdają sobie sprawy z tego, że nawet parki narodowe obejmują częściowo również grunty prywatne, a ich dzierżawcy nierzadko użytkują te tereny tak, aby to było dla nich opłacalne. W przypadku łąk może być to np. koszenie w terminie zgodnym z jakimś pakietem rolnośrodowiskowym, za który jest określona płatność. To jednak często ma się nijak do potrzeb ochrony bezkręgowców, a motyli w szczególności. Ochrona prawna to jedno, ale to forma ochrony biernej, podobnie jak ochrona obszarowa poprzez tworzenie parków narodowych czy rezerwatów przyrody. Wiele gatunków związanych z przestrzeniami otwartymi i półotwartymi potrzebuje ochrony czynnej, która kosztuje. Pytanie, kto znajdzie na to środki finansowe. 

Cel wielu działań, które prowadzone są na obszarach Natura 2000, określany jest jako “uzupełnianie stanu wiedzy”. Robimy więc inwentaryzację, określamy zagrożenia, rekomendujemy działania ochronna, ale na tym niestety sprawa często się kończy, choć zdarzają się też pozytywne przykłady W tym roku spotkaliśmy na jednym ze stanowisk czerwończyka fioletka traktor z kosiarką. Z początku byliśmy przerażeni, ale okazało się, że będzie skoszona tylko część łąki, a reszta zostaje dla motyli, czyli dokładnie tak jak było to zapisane planie zadań ochronnych. Czasem potrzebna jest więc jedynie odrobina dobrej woli.

I. D.: Ludzie czasem proszą nas o pomoc w kwestii ochrony motyli, żebyśmy coś zrobili, bo gdzieś dzieje się coś złego na stanowisku cennego gatunku. Niestety, jeśli to jest teren prywatny, to często niewiele można zrobić. Ostatnio przeprowadziliśmy desperacką akcję na jednej z naszych powierzchni badawczych, łące będącej siedliskiem modraszka alkona. To niezwykły gatunek. Na początku swojego życia rozwija się na rzadkiej chronionej roślinie, jaką jest goryczka wąskolistna. Później z niej schodzi i jeśli ma szczęście, jest “adoptowana” przez odpowiedni gatunek mrówek. W mrowisku robotnice opiekują się nią i karmią metodą “dziubek w dziubek” kosztem własnego potomstwa - to taki „motyl kukułka”. W końcu gąsienica się przepoczwarcza, a po jakimś czasie z poczwarki wylęga się postać dorosła, która wychodzi z mrowiska. Na tym stanowisku żyje także rzadki pasożyt tego motyla, którego obecność sprawia, że miejsce to jest jeszcze bardziej unikalne. Wnika on do mrowisk, wydzielając przy tym feromony, przez które w mrowisku rozpoczyna się prawdziwa wojna domowa. Dzięki temu może on bezkarnie złożyć jajko do gąsienicy.

M.S.: To stanowisko znajduje się na sześciu działkach, które użytkowane są w różny sposób. Dwie z nich zostały skoszone w newralgicznym momencie, kiedy jaja i gąsienice znajdowały się jeszcze na goryczkach. 

I. D.: Popełniliśmy czyn dość szalony i wyzbieraliśmy te skoszone rośliny, około 2000 pędów. Wstawiliśmy je do wazonów, a kiedy gąsieniczki zaczęły opuszczać rośliny, bo były już gotowe do “adopcji”, zbieraliśmy je, a następnie przewoziliśmy na stanowisko, gdzie wykładaliśmy je partiami co dwa dni w sąsiedztwie mrowisk odpowiednich mrówek. Przez 3 tygodnie uzbierało się ok. 950 larw alkonów.

M.S.: Ochrona motyli nie może jednak tak funkcjonować, takich akcji nie można prowadzić zawsze i wszędzie. A wystarczyłoby opóźnić koszenie tej łąki do połowy września...

Czy na świecie są programy ochrony motyli, które chcieliby Państwo przeszczepić do naszego kraju? Czy mamy się od kogo uczyć? 

M.S.: Ważne, żebyśmy uczyli się na błędach innych. W takich krajach jak Belgia czy Holandia widać, jak krajobraz się zmienił i jak ubyło motyli. Możemy mówić, że kraje zachodnie próbują nas pouczać, a same doprowadziły do degradacji siedlisk motyli. Ale na zachodzie zdarzają się także przykłady odrestaurowania populacji tych zwierząt. Przykładem może być Wielka Brytania, gdzie wyginął modraszek arion, kolejny motyl związany z mrówkami. W ciągu zaledwie 20 lat, od roku 1950 do roku 1971, liczba stanowisk, w których występował ten owad, spadła z kilkudziesięciu do zaledwie dwóch. Przyczyny tego zjawiska nie były oczywiste, ale kiedy je w końcu zidentyfikowano, było już za późno. Trzeba było modraszka reintrodukować ze Szwecji. Projekt skończył się sukcesem, dziś w Wielkiej Brytanii znów można podziwiać tego motyla. Potrzebne były jednak olbrzymie środki i masa pracy, żeby to zrobić. 

I. D.: Sieć Życia, którą chcemy stworzyć z Greenpeace w ramach akcji Adoptuj Pszczołę, jest inspirowana rozwiązaniem ze Stanów Zjednoczonych, które wymyślono dla motyla monarchy. Owad ten znany jest z niezwykłej migracji z Kanady do Meksyku i z powrotem. W USA stworzono tzw. waystations, czyli sieć przystanków, które są przygotowywane z myślą o tych motylach. Są tam rośliny nektarodajne oraz żywicielskie, na których monarchy mogą się rozwijać. Patrząc na ten projekt, pomyślałam, że świetnym pomysłem byłoby jego rozszerzenie, tak żeby nie dotyczył jednego gatunku i przeniesienie go na nasz grunt. Motyle potrzebują ludzi. Potrzebują tego, żebyśmy je wspierali. W wielu miejscach nie trzeba wiele pracy, wystarczy dopuścić naturę do głosu - nie przeszkadzać jej albo naprawić to, co zepsuliśmy, kosząc, wprowadzając rośliny inwazyjne czy odprowadzając wodę z danego terenu. Chcemy stworzyć nie tylko duże oazy, w których motyle mogłyby się rozwijać, ale także mniejsze przystanki i upleść z tego Sieć Życia. 

M.S.: Tworzenie takich miejsc, ale też nagłaśnianie tej sprawy, ma służyć także zmienianiu świadomości społecznej. 

I. D.: Chcemy zmienić postrzeganie nieużytków, żeby ludzie nie myśleli, że to śmietnik czy chabazie, a życie. Potrzebujemy dużych i małych połaci dziko rosnących roślin, a to oznacza, że właściwie każdy może dorzucić swoją cegiełkę do ochrony motyli, np. zostawiając jakiś niewykoszony fragment trawnika w swoim ogrodzie, który “uporządkuje” dopiero w drugiej połowie września. Ważne jest także, żeby nie wywozić siana i nie palić go, bo tam zimują te wszystkie zwierzaki. Jeśli je niszczymy czy przenosimy z miejsca na miejsce, to traci to sens. Myślę też, że przy każdej szkole powinno być miejsce przyjazne owadom, które służyłoby nie tylko przyrodzie, ale i edukacji. 

Wyobraźmy sobie, że z Polski znika ostatni motyl. Co wtedy? Czy przeciętny obywatel odczuje brak tych owadów na swojej skórze? Dlaczego właściwie one są dla nas ważne?

M.S.: To będzie odczuwalne dla każdego z nas. Razem z motylami znikną inne organizmy.

I. D.: Motyle to gatunki wskaźnikowe. Jeśli zauważymy, że zniknęły, będzie to oznaczać, że lawina ruszyła. Warto też zadać sobie pytanie, czy naprawdę musimy patrzyć na świat w sposób użytkowy? Motyle mają wiele zalet. Są zapylaczami,  grupą wskaźnikową i osłonową, a chroniąc je, chronimy też inne zwierzęta i rośliny. Są też niezwykle ciekawe, a cykl życiowy motyla to klasyk jeśli chodzi o edukację dzieci. Motylami można się zachwycać, a wiele osób podróżuje, żeby je obserwować. 

M.S.: Motyle mogą być częścią turystyki przyrodniczej, a ich obserwacja pożytecznym hobby. Przykładowo w Wielkiej Brytanii czy Holandii od wielu lat wolontariusze liczą motyle podczas specjalnych spacerów. To m.in. dzięki zebranym przez nie danym wiadomo, że motyle drastycznie znikają. Monitoring ten ostatnio rozszerza się na inne kraje europejskie i chcemy, aby Polska do niego dołączyła.

I. D.: Marzy nam się, żeby m.in. dzięki tworzonej Sieci Życia zacząć monitorować wreszcie wzrost liczebności motyli, a nie jak dotychczas głównie jej spadek. Dużo tego świata sobie wzięliśmy. Czy nie możemy zwrócić trochę miejsca dzikości? Jestem pewna, że nam się to wszystkim opłaci - nie tylko ze względu na to, że motyle zapylają rośliny. Dla sceptyków mam jeszcze jeden argument. Przeprowadzono badania naukowe wskazujące, że długość życia etymologów, czyli ludzi, którzy zajmują się owadami, jest wyraźnie dłuższa niż przeciętna. A więc interesując się motylami nawet amatorsko, zwiększamy swoje szanse na długowieczność.

* * *

Dr hab. Marcin Sielezniew jest profesorem na Wydziale Biologii Uniwersytetu w Białymstoku, a Izabela Dziekańska pracuje nad doktoratem na tym samym wydziale. Oboje są współzałożycielami Towarzystwa Ochrony Motyli oraz autorami wielu publikacji naukowych i popularno-naukowych, w tym dwóch książek. Izabela Dziekańska napisała także książkę dla dzieci pt. “Motyle dzienne i nocne”, którą zilustrowała autorskimi akwarelami. Prowadzi także stronę Łaskotani motyla skrzydłami popularyzującą wiedzę o tych fascynujących owadach.

* * *

Jeśli chcesz pomóc polskim motylom, wejdź na stronę internetową Adoptuj Pszczołę i zostań wirtualnym opiekunem wybranej liczby owadów. Środki zebrane w ramach tegorocznej akcji zostaną przeznaczone na stworzenie Sieci Życia, w której motyle i inne zwierzęta znajdą schronienie i będą mogły się rozwijać. Twórz z nami Polskę przyjazną wszystkim zapylaczom!