Po zmianie ustawy "iluzoryczne" narzędzia do ochrony środowiska. Możliwe spory z Komisją Europejską

Choć Sejm odrzucił ostro krytykowaną poprawkę do ustawy o ochronie środowiska, to organizacje ekologiczne nie mają powodów do zadowolenia. Jak piszą, zmiany w prawie dają jedynie "iluzoryczne" narzędzia prawne do ochrony środowiska w postępowaniach inwestycyjnych. Chodzi np. o możliwość zablokowania budowy drogi, która mogłaby zniszczyć cenne przyrodniczo tereny.
Zobacz wideo Bałtyk potrzebuje pomocy. Co możemy zrobić?

To "fikcyjna nowelizacja" - tak organizacje obrońców przyrody komentują zmiany w ustawie o ochronie środowiska, o których we wtorek zdecydował Sejm. Nowelizacja miała dostosować polskie przepisy do prawa Unii Europejskiej. Chodzi o "dostęp zainteresowanej społeczności do wymiaru sprawiedliwości w sprawach związanych ze środowiskiem" tak, by strona społeczna miała większy wpływ np. na inwestycje mogące szkodzić środowisku. 

Sejm odrzucił ostro krytykowaną przez organizacje poprawkę zgłoszoną przez senatora Tadeusza Kopcia (Porozumienie), która według ekologów "zabiłaby" możliwość wpływania na decyzje środowiskowe. Poprawka przeszła w Senacie po tym, jak poparli ją niektórzy senatorowie opozycji - tłumacząc później, że zrobili to przez pomyłkę. 

Grupa organizacji broniących środowiska (ClientEarth, Frank Bold, Greenpeace, Pracownia na rzecz Wszystkich Istot i WWF) we wspólnym oświadczeniu napisała, że "poprawka Kopcia" to "kolejna odsłona" trwających od lat prób "podważenia mandatu Polek i Polaków do współdecydowania o tym, jak traktujemy środowisko i przyrodę w naszym kraju". Zwracają uwagę, że problem jest poważniejszy niż jedna poprawka - takich inicjatywy jest więcej. "Wbrew obiegowym i nie popartym faktami opiniom, organizacje ekologiczne nie są przeciwne inwestycjom, a jedynie oczekują ich prowadzenia zgodnie z prawem i w sposób, który dla środowiska i ludzi nie będzie destrukcyjny" - czytamy w oświadczeniu. 

"Ustawa będzie prowadziła do kolejnych procedur naruszeniowych"

"Poprawka Kopcia" została odrzucona, jednak nie przyjęto także innych poprawek proponowanych przez stronę społeczną. "Mamy więc nowe prawo, które działa po staremu - utrudniając i uniemożliwiając społeczeństwu i organizacjom skuteczną reakcję" - ocenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot.

W uzasadnieniu ustawy czytamy, że Komisja Europejska uznała, iż rozwiązania w polskim prawie "w pewnych przypadkach wykluczają z mocy prawa możliwość zwrócenia się do sądu o przyznanie środków tymczasowych, tak aby można było zawiesić wykonanie przedsięwzięcia i zapobiec wynikającej z niego szkodzie dla środowiska do czasu rozstrzygnięcia, czy decyzje te zostały wydane zgodnie z przepisami" dyrektywy w sprawie oceny skutków wywieranych na środowisko. Chodzi o pozwolenia wodnoprawne, koncesje geologiczne i górnicze, pozwolenia na budowę oraz decyzje wydane na podstawie tzw. specustaw.

W praktyce chodzi np. o sytuację, w której planowana jest budowa drogi, a organizacja społeczna chce sprawdzenia, czy nie narusza ona unijnej dyrektywy i nie zagraża środowisku. Jeśli pracę będą postępować mimo zgłoszenia sprawy, może dojść do nieodwracalnych zniszczeń. Do tego potrzebne są środki tymczasowe, w ramach których sąd może nakazać wstrzymanie prac do czasu rozstrzygnięcia sprawy.

To miała osiągnąć nowelizacja w teorii. Jednak w praktyce, po odrzuceniu poprawek strony społecznej, wcale tak nie jest - ocenia opozycja i ekolodzy. "Ustawa w takim kształcie będzie prowadziła do kolejnych procedur naruszeniowych Polski w Komisji Europejskiej i jest do zmiany" - oceniła posłanka z partii Zieloni Urszula Zielińska.  Fundacja Frank Bold pisze, że po nowelizacji "organizacje ekologiczne dostaną iluzoryczne narzędzia prawne do ochrony środowiska w postępowaniach inwestycyjnych, których skuteczność będzie przede wszystkim zależeć od dobrej woli organów, prowadzących te postępowania". 

Ekolodzy ostrzegają przed zniszczeniem Mazur czy Biebrzy 

Pracownia na rzecz Wszystkich Istot ocenia, że po zmianach "prawo to nadal będzie zezwalać na niszczenie przyrody w Polsce. Sposób procedowania tej ustawy, jak i jej skutki dla przyrody, przypominają walec. Walec, jakim zniszczono stanowiska chomika europejskiego na S7 pod Krakowem, walec jakim rozjechano Lasy Janowskie czy walec, który najpóźniej w przyszłym roku zniszczy Mazury a potem także Biebrzański Park Narodowy podczas budowy S16". 

Właśnie na przykładzie budowy S16 opisuje ona, jak działa krytykowany mechanizm prawny. "Droga ma przeciąć szereg obszarów Natura 2000, powodując dewastację jednej z najważniejszych w Polsce ostoi żółwia błotnego. Dokumenty drogowców nie wykazują znaczącego negatywnego oddziaływania na przyrodę, w tym na gatunki zagrożone wyginięciem. Co więcej raport wskazuje, że z powodu budowy tej drogi dojdzie nawet do poprawy stanu środowiska. Tutaj zaczyna się nasz scenariusz wydarzeń" - czytamy. 

W tym scenariuszu "upolityczniony organ ochrony środowiska (...) wydaje pozytywną decyzję środowiskową" z rygorem natychmiastowej wykonalności. To umożliwia natychmiastowe ubieganie się o pozwolenie na budowę. Organizacja składa odwołanie od tej decyzji, ale nie ma określonego terminu, w jakim decyzja miałaby zostać wstrzymana i "w praktyce może (ale nie musi) to zrobić nawet rok później, kiedy inwestor otrzyma już pozwolenie na budowę i rozpocznie prace". W tym momencie mogło już dojść do zniszczenia środowiska. Organizacja może odwołać się od zezwolenia na realizację - ale sąd może je uchylić tylko, jeśli... jest niezgodne z decyzją środowiskową, która (w tym scenariuszu) sama w sobie jest błędna. "Sąd może więc jedynie stwierdzić, że naruszono prawo, ale nie będzie w stanie uchylić takiego pozwolenia na budowę" - pisze pracownia.