Ratownik TOPR: Nie ma się co zastanawiać, tylko dzwonić

- Telefon do TOPR jest uzasadniony zawsze, kiedy czujemy, że nie jesteśmy w stanie bezpiecznie wrócić z gór. Kiedy doznaliśmy urazu i nie możemy zatamować krwawienia albo kontuzja utrudnia nam poruszanie się - mówi Barłomiej Gąsienica-Józkowy, ratownik zawodowy TOPR i wysokogórski przewodnik tatrzański.

Gazeta.pl patronowała projektowi ''Tatrzańskie' Opowieści'' Mateusza Waligóry. W trakcie wędrówki po wszystkich oznaczonych szlakach Tatr Waligóra przyglądał się przyrodzie, ludziom, zadawał pytania o przyszłość naszych gór. Jego zespół rozmawiał z pisarzami, naukowcami, przyrodnikami i przybliżał pasjonujące historie tego miejsca.

Dariusz Jaroń: Zaręczyny w trakcie wspinaczki to częsty widok?

Bartłomiej Gąsienica-Józkowy: Coraz bardziej popularny. Mi się zdarzyło po raz pierwszy, ale byłem już świadkiem kilku podobnych wydarzeń. Koledzy przewodnicy potwierdzają zresztą, że pary coraz częściej wybierają ekstremalne miejsca, szukają adrenaliny. Idzie taki trend, tak jak kupowanie wspinania na prezent urodzinowy.

Wyjaśnię czytelnikom, że kilka dni temu prowadził pan parę na Środkowe Żeberko na Granatach. W odpowiednim momencie zakochany mężczyzna poprosił swoją partnerkę o rękę. Był pan wtajemniczony?

Tak. Znamy się z Olą i Przemkiem, łażą już ze mną trochę po górach. Kolega zadzwonił wcześniej i mówi: "Słuchaj, mam chytry plan. Zgodzę się nawet pójść z tobą powspinać". Dogadaliśmy temat i wszystko udało się sprawnie zrealizować. Ola była w szoku, że dał się namówić na góry, a tu jeszcze taka niespodzianka. Minęliśmy kilku taterników, były brawa, gratulacje. No i jest kilku świadków, nie może się teraz narzeczeństwo nie udać. 

Kto korzysta z usług przewodnika wysokogórskiego? W Tatrach turystów przybywa, ale wspinanie to już nie jest wybór dla każdego…

Na ogół są to ludzie w jakimś stopniu zaznajomieni z górami, ale chcą trochę poruszać się poza szlakami. Tych turystycznych sporo już przeszli, czasem wszystkie. Zaczynają od Mnicha, potem Gerlach. Człowiek ma w sobie coś takiego, że chce wyjść na ten najwyższy szczyt. Dlatego mamy taki duży ruch na szlaku na Rysy i zainteresowanie Gerlachem.

A na ten wejdziemy tylko z przewodnikiem. Kogo ten szczyt przyciąga?

Przeróżne osoby. Jedni przychodzą zza biurka, nie zdając sobie sprawy z tego, jak to jest trasa, jakie przewyższenia, jakiej kondycji wymaga. Niekiedy kończy się to rezygnacją albo wydłużonym czasem przejścia, gdy okazuje się, że wysiłek jest za duży. Sporo ludzi przyciąga też Mnich. Szukają adrenaliny, szlaki mają schodzone, chcą spróbować delikatnej wspinaczki i zobaczyć, czy to coś dla nich. W większości to doświadczeni turyści, wiedzą, jak się ubrać, mają kaski i rękawiczki, dobre plecaki i odpowiednie przygotowanie. Nie mają tylko specjalistycznego sprzętu, co zrozumiałe. Spragnionych doświadczeń poza szlakiem turystów z roku na rok jest więcej. 

Co by pan poradził komuś, kto chce się sprawdzić?

Mnich jest dobry. Stosunkowo krótkie podejście, umożliwiamy czasem dojazd do Włosienicy, skąd jest pół godziny do Morskiego Oka. Ze schroniska pod ścianę są kolejne dwie godziny. Mamy trochę adrenaliny i wspinania, jednocześnie Mnich jest o tyle przyjemnie położony, że w razie niepogody lub innych przyczyn można się bardzo sprawnie i bezpiecznie wycofać, nawet z połowy drogi. Nie ma tu wielu ludzi z zerowym doświadczeniem, ale zdarza się, że znajomi robią sobie takie prezenty. Wypatrzyli akurat Mnicha, bo sporo go na zdjęciach w mediach społecznościowych. I dobrze. Ktoś może nie mieć nic wspólnego z górami, ale w trakcie takiej wycieczki zarazi się pasją do Tatr. Niekoniecznie od razu taką, żeby wspinać się poza szlakiem.

Jest pan zawodowym ratownikiem TOPR. Zbliżamy się do półmetka wakacji, jaki to jest jak dotąd sezon w Tatrach pod względem bezpieczeństwa?

Do połowy lipca było w miarę spokojnie. Czerwiec był mocniejszy. Okolice Bożego Ciała, ładne weekendy, potem przyszła gorsza pogoda, na szczytach nawet spadł śnieg. Ludzie wybrali opcję lipca sprzed pandemii.

Co to znaczy?

W dwóch poprzednich sezonach ruch był od początku czerwca do końca września, nawet w październiku i listopadzie przy ładnej pogodzie sporo ludzi przyjeżdżało. W tym roku wrócił standardowy lipiec. Ruch umiarkowany do połowy miesiąca, a potem zaczyna się sporo dziać. Coraz więcej turystów zjeżdża na Podhale, widać, że sezon się rozkręca. Szczyt przypadnie pewnie na sierpień. Mam taką obserwację, że wielu ludzi nie planowało z wyprzedzeniem pobytu. Dzwonią z dnia na dzień, pytają o wolne terminy na już. Tłumaczą, że nie wiedzieli, jaka będzie sytuacja w kraju, przyjechali na ostatni moment. 

Wzrost ruchu turystycznego mocno przekłada się na pracę ratowników?

Dobrze to widać po eksploatacji śmigłowca. Co roku wylatuje więcej godzin. Wiadomo, że mamy zaplanowane szkolenia, nie lata tylko do akcji ratunkowych. W tym roku śmigłowiec ma więcej wylatanych godzin niż w ubiegłych latach, godziny na szkolenia są ograniczane. To pokazuje, że zima i wiosna również obfitowały w wypadki. Zwiększa się wypadkowość, to i zapotrzebowanie na śmigłowiec rośnie. Gołym okiem widzimy, że roboty jest więcej, ile mamy wyjść z centrali, ile nocnych wypraw. Wzrost liczby turystów przekłada się na liczbę wypadków, a także odsetek turystów mniej przygotowanych, bez świadomości zagrożeń. Zwłaszcza turyści z zagranicy lekceważą Tatry. 

Co takiego robią?

Główny problem teraz polega na ślepym zawierzaniu mapom Google’a. Aplikacja pokazuje, na przykład, że przejście z Doliny Pięciu Stawów do Kuźnic przez Orlą Perć zajmie dwie godziny z kawałkiem. Nie ma takiej możliwości. Po płaskim pewnie tak, ale tam są góry! Są odpowiednie aplikacje, mapy górskie, odpowiednio wyliczają czas przejścia w Tatrach, ale nie wszyscy z nich korzystają. Dużo mieliśmy wypadków i wezwań w nocy do gości z zagranicy. Utknęli gdzieś na grani w deszczu i chłodzie, trzeba było ich sprowadzać.

Jak się tłumaczą w takich sytuacjach? Przecież gołym okiem widać skalną ścianę z Doliny Pięciu Stawów?

Pokazują nam, że czas przejścia pokazywany na mapie był zupełnie inny. Nie spodziewali się gór, a na pewno nie byli świadomi tak wymagającego przejścia. Nowoczesne technologie trochę nas gubią. Ludzie, zamiast sprawdzić teren, ufają urządzeniu, a nie słuchają rozumu.

Zaczynał pan służbę w TOPR w 2003 roku. Co się najbardziej zmieniło w codzienności ratownika przez ten czas?

Szkoliliśmy się do tego, żeby ratować ludzi w Tatrach. To się nie zmieniło. Dysponujemy jednak coraz lepszym sprzętem. Turyści również. Odczuwalna jest oczywiście zmiana liczby ludzi odwiedzających Tatry, nie tylko latem. Kiedyś zimą do Doliny Pięciu Stawów zachodziło niewielu turystów. Nawet obsługa była ograniczona, głównie utrzymywała schronisko. Dziś są tam organizowane szkolenia narciarskie i lawinowe, jest szkółka zimowej turystyki górskiej. Fajnie, że ludzie chcą się uczyć, bo to im uświadamia ryzyka. Patrząc z perspektywy tych 20 lat, zmieniła się też dostępność sprzętu. Ludzie go mają, trzeba ich tylko nauczyć, jak go bezpiecznie użyć. Są też tacy, którzy nie dostrzegają zagrożeń. Kupią sobie raki, czekan i dobry plecak, myśląc, że to wystarczy. Bez wiedzy, jak się asekurować, niestety niewiele zdziałają w sytuacji zagrożenia. 

Patrząc całościowo na turystów - poziom świadomości rośnie?

Tak, ale zawsze będą obok nich ci, którzy nie będą chcieli się uczyć bezpiecznego poruszania w górach. No i jest też stała grupa tych, co w zimie chodzą po Tatrach w adidasach, a latem w klapkach. Tu się niewiele zmieniło, tylko liczby. 

Po tylu latach w ratownictwie coś pana jeszcze może zaskoczyć?

Chyba nie. Natomiast jest taka pozytywna specyfika ratownictwa górskiego, że jak komuś coś się stanie i wzywa pomoc, to cieszy się na nasz widok. Nie ma historii jak w pogotowiu, gdzie koledzy jeżdżący w karetce spotykają się nieraz z nieprzyjemnym przyjęciem. Ludzie nas szanują. Wiadomo, że czasem pojawią się jakieś nieprzychylne teksty, albo ktoś pomyli śmigłowiec TOPR z taksówką, ale to są pojedyncze historie. Staramy się nad tym panować i wysyłać śmigłowiec w teren tylko uzasadnionych przypadkach. 

Absurdalne wezwania są też nagłaśniane w mediach, dlatego stają się tak popularne.

Staramy się o tym mówić, żeby nagłośnić skrajną nieodpowiedzialność. Tak jak przed paroma dniami na Czerwonych Wierchach, kiedy turyści wybrali się przy brzydkiej pogodzie na wycieczkę z trzymiesięcznym dzieckiem. Opowiadamy o tym nie dlatego, żeby komuś zrobić przykrość. Robimy to ku przestrodze.  

To są przypadki skrajne. A jak wygląda codzienność ratownika w sezonie?

Głównie są to kontuzje, skręcenia kostek, urazy stawów, bóle, złamania. Pojawiają się też zabłądzenia w nocy, kiedy ktoś źle przeliczył czas przejścia. Do tego dochodzą odwodnienia, kiedy jest gorąco, problemy krążeniowe, zatrucia, bóle żołądkowe, jak dzieci napiją się wody ze stawu, a potem najedzą się lodów w schronisku. Cała paleta przypadłości. Najwięcej jest kontuzji. Ktoś się przewróci, skręci kostkę lub kolano. Są też drastyczne upadki z wysokości, od przypadków błahych po bardzo poważne. 

Jak z perspektywy ratownika turyści powinni przygotować się do wycieczki?

Trzeba zacząć planowanie od sprawdzenia prognozy pogody. Z kilkudniowym wyprzedzeniem możemy sprawdzić, czy będzie ładna pogoda, czy czeka nas załamanie pogody. Zawczasu musimy też zadbać o kondycję. Czasem ludzie narobią planów, a potem okazuje się, że nawet w połowie nie mogą ich zrealizować, bo organizm nie pozwala. Warto zapoznać się z mapą, żeby wiedzieć, gdzie się poruszać. Są aplikacje szlakowe, stworzone z myślą o górach, można zaplanować trasę, opracować plan ewakuacji w razie niepogody. Najważniejsza jest w końcu świadomość, że w górach rano może być piękne słońce, a w południe przyjdzie burza, a za nią chłód i ulewny deszcz. Zadbajmy o to, żeby burza nie złapała nas na grani, tylko gdy będziemy bezpiecznie schodzić w dolinie.

Przyda się wtedy dobrze wyposażony plecak. Co zabieramy ze sobą?

Folię NRC, apteczkę, wodę, prowiant, kurtkę przeciwdeszczową, ciepłą bluzę, lekkie rękawiczki, czapkę. To wszystko jest dziś lekkie, a może się przydać. Komuś obok nas coś może się stać, będziemy mogli działać od razu. Bądźmy przygotowani, niech wyjścia w góry zawsze będą przemyślane. Wypadki to zdarzenia losowe. Każdemu mogą się przytrafić, ale zróbmy wszystko, żeby nie sprowadzić na siebie niebezpieczeństwa przez zaniedbanie.

Kiedy telefon do TOPR-u jest uzasadniony?

Zawsze, kiedy czujemy, że nie jesteśmy w stanie bezpiecznie wrócić z gór. Kiedy doznaliśmy urazu i nie możemy zatamować krwawienia albo kontuzja utrudnia nam poruszanie się. Można próbować ze skręconym kolanem schodzić z Giewontu, ale kiedy każdy krok sprawia ból, a czekają nas strome odcinki, narażamy nie tylko siebie, ale też innych. Zdarza się też, że turyści nieświadomie schodzę ze szlaku i wchodzą w bardzo stromy teren. Nie ma się co zastanawiać, tylko dzwonić. 

Takie zabłądzenia są szczególnie niebezpieczne. Często kończą się tragicznie.

Czasem, zamiast się zatrzymać, turyści idą dalej. Wydaje im się, że przejdą, widzą kogoś na dole, mają wrażenie, że widzą bezpieczny skrót. To bardzo zgubne. Są takie miejsca, gdzie spadają w przepaść i kończy się to fatalnie. Dlatego, nawet jeśli nic nam nie dolega, ale jesteśmy w trudnym terenie, trzeba wzywać TOPR. 

Skąd przeciętny turysta ma wiedzieć, gdzie wezwać pomoc? Wie pewnie, jakim szedł szlakiem i dokąd, ale jak z niego zszedł, może być bezradny…

Nawet turyści obeznani w topografii Tatr powinni zainstalować naszą aplikację Ratunek. Trzy kliknięcia wysyłają dokładną lokalizację turysty. Dyspozytor ocenia zagrożenie i może precyzyjnie wskazać ratownikom miejsce, do którego powinni się udać. 

Wiele się zmieniło przez ostatnie dwie dekady w Tatrach. Jak pan sobie wyobraża góry i TOPR za kolejnych dwadzieścia lat, jeśli nadal będzie przybywać turystów?

Myślę sobie, że teraz jest moda na Tatry. Na pewno mają naturalne ograniczenia co do liczby turystów. Natomiast jeśli świat będzie znów otwarty dla wszystkich, będziemy mieli w górach nieco więcej spokoju. Bez wątpienia przy rosnącej liczbie turystów potrzeba więcej rąk do pracy, a to się wiąże z wynagrodzeniami i etatami. Nie jest najgorzej, ale chciałoby się lepiej zarabiać. Dorabiamy jako instruktorzy, przewodnicy czy ratownicy medyczni, żeby lepiej się żyło, żeby stać nas było na wczasy z rodziną, a wszystko jest coraz droższe. Wiele zależy od tempa przyrostu turystów w Tatrach. Póki zdrowie pozwala, będziemy robić swoje. Natomiast na pewno będziemy apelować w ministerstwie o środki na przeszkolenie i przyjęcie dodatkowych ratowników zawodowych. 

Jak długo trwa przygotowanie etatowego ratownika?

Zawodowy ratownik nie tylko się szkoli, ale też trochę musi czasu spędzić na służbie ochotniczej. Musimy poznać człowieka, wiedzieć, że w każdej trudnej sytuacji możemy na niego liczyć. Z takich ludzi jest nasza ekipa zawodowa zbudowana. Nie brakuje ratowników-ochotników, ale różnie im się życie układa, nie zawsze jest związane z górami. Grupa zawodowa TOPR tą są ludzie stąd. Znamy się, lubimy. Mamy różne poglądy, ale tworzymy całość. Trzeba paru lat, żeby odpowiedniego kandydata dobrać. Kandydaci są, tylko nie ma finansów na etaty. 

O finansach jest głośno, jak zdarzy się tragedia pokroju burzy na Giewoncie. Rządzącym przed kamerami łatwiej składa się obietnice.

Tak to działa. Ale nie jest bardzo źle. Częściowo te plany są realizowane. Są niewielkie podwyżki, powoli zwiększamy etaty. Trudny temat, na pewno na dłuższą dyskusję z naczelnictwem, bo to góra jeździ na rozmowy z władzami. 

Więcej o: