"Miała być oszczędność a płacę jak za apartament". Rachunek grozy za pompę ciepła - 13 tys. zł

Mieszkańcy Podhala alarmują o rachunkach grozy, które dostają po zainstalowaniu pomp ciepła. Być może to efekt zalania polskiego rynku przez konkurencję z zagranicy, która oferuje gorszej jakości produkty.
Ceny prądu (zdjęcie ilustracyjne)
Fot. Władysław Czulak / Agencja Wyborcza.pl

Rachunki grozy na Podhalu: - Myślałem, że to będzie oszczędność, a płacę jak za luksusowy apartament. Jak tak mają wyglądać te ich "oszczędności" to niech biorą to ustrojstwo w diabli  - żali się mieszkaniec Skrzypna pod Zakopanem. W rozmowie z "Gazetą Wyborczą" pokazał rachunki, które otrzymał za energię po zmianie sposobu ogrzewania na pompę ciepła. Tylko za dwa miesiące ogrzewania musi zapłacić 13 tys. zł. Inny mieszkaniec Podhala żali się, że od listopada do lutego zapłacił 9 tys. zł, a w mieszkaniu miał 17 st. C. 

Skąd taki problem? - Większość problemów bierze się z tego, że ludzie kupują pompę ciepła jak pralkę przez internet, kierując się ceną i mocą - tłumaczy Bartłomiej Rapacz, konsultant sprzedaży i doradca energetyczny z Podhala. - Niektóre pompy pracują bezproblemowo przy dużych mrozach, inne, często tańsze, przystosowane są do cieplejszych stref klimatycznych. I tak jedna pompa przy -7 st. C da 12 kW ciepła, inna tylko 8 kW. I w tej drugiej zaczyna brakować mocy do ogrzania budynku - dodaje.

Zobacz wideo Tomasz Walczak: Można ogrzać dom z klimatyzacją za 1 zł/m2 miesięcznie

Tak powstają rachunki grozy: Opowiada, że "zdarzają się instalacje, gdzie pompa już przy -7 st. C traci sprawność". W takiej sytuacji włącza się grzałka, która działa na zasadzie 1:1, czyli z jednego kW prądu tworzy jeden kW ciepła. - Bywa, że działa po kilka godzin dziennie. To potrafi dać zużycie w wysokości 100 kWh na dobę. Przy obecnych cenach za energię elektryczną to wydatek rzędu ponad stu złotych dziennie - wylicza Bartłomiej Rapacz.

Polacy niechętnie patrzą na pompy ciepła: Do 2022 r. rynek pomp ciepła rósł w postępie geometrycznym, np. w 2022 roku zainstalowano w Polsce w sumie ok. 200 tys. pomp ciepła, z czego urządzenia polskiej produkcji stanowiły 5-7 proc. Tymczasem w 2024 r. sprzedano w Polsce już tylko 50 tys. - 80 tys. pomp ciepła, a udział polskich urządzeń spadł do ok. 3 proc. Dlatego też Robert Galara, prezes Galmetu, największego krajowego producenta pomp ciepła wystosował list do Donalda Tuska.

Rynek zalany: "W 2022 r. nastąpił zalew polskiego rynku importowanymi (w sporej części z dalekiej Azji) pompami ciepła często niepotwierdzonej jakości i bez odpowiednich dokumentów czy certyfikatów, ale tanich. Brak systemu weryfikacji dokumentów urządzeń i poprawności ich montażu, które dotowane były w programie Czyste Powietrze, doprowadził do tąpnięcia na rynku i spadku zaufania do tej technologii" - zwraca uwagę w liście. Stąd po części mogły wynikać problemy bohaterów reportażu "GW". "Inwestycje w technologię, która miała stanowić koło zamachowe rozwoju polskich firm może doprowadzić firmy z 40-50-letnią historią do upadku a polski rynek przejmą firmy dalekowschodnie lub zachodnie, w których realizowane są krajowe programy wsparcia tych producentów, również z wykorzystaniem środków unijnych" - dodaje.

Przeczytaj też: "Kolos na dnie Morza Bałtyckiego. Ogromna inwestycja powstaje pod wodą. Każdy będzie mógł z niej skorzystać".

Źródła: Gazeta Wyborcza, PORT PC

Więcej o: