10 ton jarzeniówek wyrzuconych na polu. Koszty będą potężne

Nieznana osoba porzuciła na cudzym polu 10 ton jarzeniówek. Po dwóch miesiącach niebezpieczne odpady wciąż nie zostały usunięte.
Porzucone świetlówki na polu w Anielinie pod Strykowem
Fot. Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska w Łodzi / Facebook

Jarzeniówki na polu wciąż nie zostały usunięte

Pod koniec września właścicielka pola w Anielinie pod Strykowem (woj, łódzkie) odkryła, że nieznany sprawca zostawił tam 10 ton jarzeniówek. Niebezpieczne odpady mogą zawierać m.in. szkodliwą dla zdrowia rtęć. Następnie inspektor Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska w Łodzi podjął działania w terenie, podczas których przeprowadził oględziny terenu oraz ocenę składu morfologicznego odpadów. "Sprawą zajmują się również policja, straż pożarna oraz burmistrz Strykowa. Czynności w sprawie są kontynuowane" - informowano wówczas w komunikacie.

Teraz tvn24.pl wyjaśnia, że jarzeniówki wciąż leżą na wspomnianym polu. Piotr Ślęzak, burmistrz gminy Stryków wyjaśnił serwisowi, że początku listopada Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad sprzątnęła część odpadów, które zalegały na fragmencie drogi serwisowej. - Generalna Dyrekcja jest właścicielem części tego gruntu, więc u nich procedura była krótsza, u nas niestety cały czas się z WIOŚ-em przedłużało i tak naprawdę dopiero od tygodnia możemy działać - powiedział. - Jarzeniówki powinny zniknąć przed świętami, robimy, co możemy. Szacujemy, że może to kosztować nawet 150 tysięcy złotych - dodał.

Zobacz wideo Mafie gospodarcze zarabiają na odpadach. "Dla nich to eldorado"

Trwa postępowanie ws. jarzeniówek

Po zawiadomieniu przez WIOŚ w Łodzi postępowanie w sprawie porzuconych jarzeniówek prowadzi Prokuratura Rejonowa w Zgierzu. - Postępowanie jest prowadzone w kierunku artykułu 183 paragraf 5a Kodeksu karnego. To jest porzucenie odpadów wbrew przepisom, poza miejscem ich składowania. To jest zagrożone karą do 12 lat pozbawienia wolności. Na miejscu zostały przeprowadzone oględziny z udziałem biegłego, czekamy teraz na jego opinię. Trwają czynności mające na celu ustalenie sprawcy - informował na początku października w rozmowie z tvn24.pl szef zgierskiej prokuratury rejonowej, prokurator Janusz Tomczak. Natomiast w czwartek 20 listopada wyjaśnił, że jak dotąd nie udało się nikogo zatrzymać. Trwa postępowanie w tej sprawie.

Czytaj również: "Największa elektrownia jądrowa świata wznowi działalność. 14 lat po wielkiej katastrofie".

Więcej o: