Dyrektor w S&P o Polsce: konieczna rewizja priorytetów polityki gospodarczej, będą dylematy natury politycznej

Maria Mazurek
Pandemia koronawirusa uderzy bardzo mocno w gospodarki i zapewne zagwarantuje nam kryzys. - Świat po kryzysie będzie inny i, chcąc nie chcąc, wszyscy na swój sposób będziemy musieli się do niego zaadaptować - mówi Marcin Petrykowski, dyrektor regionalny S&P na Europę, Bliski Wschód oraz Afrykę. Według niego, w Polsce nawet 10 proc. firm grozi niewypłacalność. Przedstawiciela S&P pytamy między innymi o to, ile to wszystko potrwa i na co powinni się nastawiać przedsiębiorcy i ich pracownicy.
Zobacz wideo 212 miliardów nie wystarczy. Gawkowski mówi o 0,5 biliona złotych

Maria Mazurek, Next.gazeta.pl: Z 3,3 proc. wzrostu w grudniu do nieco ponad zera obecnie, dokładnie do 0,4 proc. - tak zmieniły się prognozy S&P dla globalnego PKB na ten rok. I po drodze zmieniły się więcej niż raz. Jakie są obecne założenia?

Marcin Petrykowski, Dyrektor Zarządzający Biznesem Komercyjnym oraz Dyrektor Regionalny na Europę, Bliski Wschód oraz Afrykę (EMEA) w S&P Global Ratings: To prawda, szczególnie teraz prognozy zmieniane są na bieżąco i w nadchodzących tygodniach mogą ulegać dalszej dynamicznej aktualizacji. Musimy pamiętać o jednej kluczowej kwestii: obecnie nasze zespoły analityczne próbują przeprowadzać jak najbardziej szczegółowe prognozy, opierając się o założenia, które wciąż są relatywnie niepewne i jeszcze nie w pełni skwantyfikowane.

Przede wszystkim, nie wiadomo jak długo utrzymane zostaną działania podjęte przez rządy w celu opanowania rozprzestrzeniania się koronawirusa - poprzez izolację społeczeństw - co w konsekwencji wprowadziło kluczowe gospodarki świata de facto w stan hibernacji. Na tę chwile zakładamy, że w niektórych przypadkach stan ten może potrwać nawet do końca drugiego kwartału tego roku

W Chinach pojawiają się już pierwsze oznaki odbicia, pytanie jednak, na ile będzie ono trwałe. Obecnie wciąż zakładamy, że będzie to odbicie w kształcie litery "V", czyli dość szybkie. Natomiast zarówno w Europie, jak i w USA, jesteśmy jeszcze przed szczytem zachorowań i znaczącego obciążenia systemu opieki zdrowotnej, czyli przed momentem, w którym gospodarka najmocniej odczuwa konsekwencje pandemii.

W Stanach Zjednoczonych, po najdłuższym w historii okresie wzrostu, aktywność gospodarcza drastycznie spadła i zatrzymała się w nagły sposób. Wydaje się nawet, że pomiędzy pierwszym a drugim kwartałem tego roku spadek PKB sięgnie tam 12 proc. Pod koniec drugiego kwartału bezrobocie w USA wzrośnie do ponad 10 proc., w maju dochodząc nawet do 13 proc. W ostatnim czasie Amerykanie osiągnęli stan prawie technicznego bezrobocia, czyli w zasadzie nie pracowali tylko ci, którzy nie chcieli podejmować pracy.

To było około 3,5 proc., więc wzrost będzie znaczny. Widać to już po tygodniowych danych dotyczących nowych wniosków o zasiłki dla bezrobotnych. W ostatnich dwóch tygodniach było ich 10 milionów.

Problem bezrobocia w Stanach Zjednoczonych będzie znaczący. Według naszych obecnych szacunków cała gospodarka amerykańska skurczy się w tym roku o 1,3 proc., a pamiętajmy, że jest ona lokomotywą dla gospodarki europejskiej i jednocześnie pozostaje zależna od gospodarki chińskiej. Wydaje się, że Chiny będą w stanie się wybronić, stąd na ten rok nasze szacunki dla Państwa Środka kształtują się na poziomie 2,9 proc. wzrostu PKB.

Marcin Petrykowski, Dyrektor Zarządzający Biznesem Komercyjnym oraz Dyrektor Regionalny na Europę, Bliski Wschód oraz Afrykę (EMEA) w S&P Global RatingsMarcin Petrykowski, Dyrektor Zarządzający Biznesem Komercyjnym oraz Dyrektor Regionalny na Europę, Bliski Wschód oraz Afrykę (EMEA) w S&P Global Ratings Fot. Materiały prasowe S&P

To mniej więcej połowa tego, co było. W Chinach taki wzrost to bardzo niewiele. A czy nie ma ryzyka, że w ten kraj uderzy odbita fala koronawirusa ze strony Zachodu? Europa i USA są kilka tygodni za Chinami, jeśli chodzi o rozwój pandemii i jej przełożenie na gospodarkę. Chińczycy wracają już do normalnej działalności, ale teraz może zabraknąć chętnych z zagranicy na ich towary.

Jest to możliwe i nasi analitycy też biorą to pod uwagę. Dlatego zakładamy, że odbicie - ponieważ w Chinach ok. 3 proc. wzrost to rzeczywiście bardzo mało - będzie w przyszłym roku, kiedy gospodarka Chin wzrośnie o 8,4 proc. W Stanach Zjednoczonych, według naszego obecnego scenariusza, PKB wzrośnie o 3,2 proc., a w  Europie o 3 proc - w tym roku dla strefy euro prognozujemy spadek PKB o 2 proc.

Przypominam, że w ujęciu globalnym, na ten rok prognozujemy wzrost tylko na poziomie 0,4 proc. PKB - mówmy otwarcie, to naprawdę niski poziom recesyjny. Nadzieję na poprawę możemy wiązać dopiero z kolejnym rokiem

A co czeka Polskę?

Przez kilka ostatnich lat, zarówno gospodarki dojrzałe, jak i rozwijające się, były dużymi beneficjentami silnego wzrostu konsumpcji. Popyt ze strony konsumentów zaczął być ich główną siłą napędową, a teraz ten popyt zatrzymał się.

Według naszych obecnych analiz, średnie wydatki gospodarstw domowych w Europie spadły o 40 proc. Uważam, że to jeszcze nie jest poziom minimalny i możemy spodziewać się, że wydatki te spadną nawet o 60 proc., stąd silnik, który mocno napędzał wzrost, zupełnie stracił impet

Gospodarki rozwinięte relatywnie szybko się odbiją, ponieważ po ostatnim kryzysie finansowym mają już przetestowane programy pomocowe rządów i banków centralnych, które skupione są na obronie miejsc pracy, stymulowaniu płynności przedsiębiorstw oraz konsumpcji gospodarstw domowych. Problem jest natomiast z rynkami rozwijającymi się, czyli grupą gospodarek, do których wciąż zaliczana jest Polska.  

Mamy tutaj cztery główne ryzyka, które się materializują. Po pierwsze ogromne zachwianie łańcuchów dostaw, szczególnie dla naszych partnerów w Unii Europejskiej. Polska z krajów rozwijających się ma największy procent eksportu do jednego dużego partnera, czyli UE. Tylko Meksyk ma podobny poziom uzależnienia eksportu od jednego odbiorcy, w ich przypadku USA. Przerwanie łańcuchów dostaw ma więc dla nas fundamentalne znaczenie. Drugie ryzyko to zatrzymanie przemieszczania się ludzi, co uderza w turystykę, a według naszych analiz w Polsce turystyka to powyżej 2 proc. PKB. Także nasze zasoby rynku pracy się uszczuplą, bowiem wielu Ukraińców wróciło już do swojego kraju, a to odbije się na możliwości szybkiego restartu produkcji. Trzecie wyzwanie dla rynków rozwijających wiąże się z dużym spadkiem popytu na surowce na świecie, który w szczególny sposób dotknął producentów ropy i gazu - tutaj Polska, jako konsument tych surowców, może na tym nawet lekko zyskać. I ostatnia kwestia to odpływy kapitału, które już wpłynęły na deprecjacje oraz zmienność na rynku walut, ograniczenie płynności oraz wzrost kosztów finansowych.

Ale w Polsce nie są one chyba jeszcze bardzo duże, złoty się osłabia, ale w relatywnie mniejszej skali niż inne waluty krajów wschodzących.

Inwestorzy na pierwszy ogień wzięli gospodarki takie jak Brazylia, Turcja czy Rosja, ale musimy liczyć się z tym, że z czasem będzie to widoczne także u nas, również w odniesieniu do złotego. Polska na tle innych krajów rozwijających się jest przez inwestorów postrzegana jako państwo mocno już zbliżone do Europy Zachodniej, stąd też te ruchy były mniej gwałtowne. Rynek walutowy pozostaje rozchwiany, stąd ciężko prognozować, jednak presja na złotego będzie się dalej utrzymywała.

Upraszczając: inwestorów obecnie najbardziej martwią trzy kwestie: sam koronawirus i jego rozprzestrzenianie się, sytuacja na rynku surowców oraz panująca zmienność. U nas dochodzi także ważna kwestia dotycząca pytania, na ile jako kraj, gospodarka, dysponujemy odpowiednią poduszką, by przetrwać ten trudny czas. Nadchodzący okres będzie wymagał rewizji priorytetów polityki gospodarczej, co wiązać się będzie z dylematami natury politycznej

To nie jest czas, żeby martwić się takimi kwestiami jak deficyt i dług?

Z punktu widzenia deficytu, musimy zdawać sobie sprawę z tego, że założenia, które robiono na początku roku, są już nierealne. Będziemy musieli przyzwyczaić się do tego, że zadłużenie krajów wzrośnie, dlatego że będzie to warunek konieczny, by nie tyle przetrwać ten kryzys, ale później się od niego odbić. Obecnie nastawienie rządów koncentruje się na tym, by działać szybko i przede wszystkim chronić konsumentów, miejsca pracy oraz małe i średnie przedsiębiorstwa, bowiem to ich najmocniej już dotyka problem płynnościowy.

Gdzie pandemia może w Polsce uderzyć najmocniej?

Po pierwsze branża turystyczna, lotnicza, transportowa, gastronomiczna, rozrywkowa - to pierwszy, najbardziej oczywisty poziom. W dużym stopniu ucierpi także branża automotive - produkcja samochodów została mocno wstrzymana, a perspektywy są takie, że gdy świat będzie podnosił się po kryzysie, przy niższych dochodach i wysokim bezrobociu, samochód nie będzie dobrem, które pojawi się jako pierwsze na liście zakupów. W kontekście Polski, pamiętajmy jak wygląda łańcuch dostaw branży samochodowej: polski dostawca produkuje komponenty dla firm niemieckich, a firmy niemieckie wysyłają samochody do Chin i Stanów Zjednoczonych. Poza tym, część rynku nieruchomości także może odczuć ten kryzys, szczególnie nieruchomości komercyjne oraz dolna część segmentu mieszkaniowego. Z drugiej strony, zaskakująco dobrze radzi sobie sektor budowlany, zyskać może także sektor farmaceutyczny, również branża technologiczna ma szansę się obronić, podobnie jak FMCG, czyli producenci podstawowych dóbr konsumenckich, takich jak żywność oraz inne podstawowe artykuły wykorzystywane w gospodarstwach domowych.  

Co to wszystko znaczy dla zwykłego obywatela, tego konsumenta, który do tej pory przyczyniał się do nakręcania wzrostu gospodarczego?

Na pewno pojawi się konieczność większej elastyczności i adaptacji na rynku pracy. Rynek pracy przejdzie metamorfozę i osoby, które pracowały w branżach, które najbardziej dotknie ten kryzys, zostaną zmuszone do tego by relatywnie szybko się przebranżowić i zdobyć nowe umiejętności.

A najpierw stracą pracę. Są już prognozy, że do końca tego roku w Polsce będzie to 1,5 mln ludzi. Firmy będą zwalniać, bo wiele z nich ograniczyło lub zawiesiło już teraz działalność, a być może stanie się ona zupełnie niemożliwa, z powodu trwalszych zmian dotyczących popytu na niektóre towary czy usługi. Czy czeka nas fala bankructw?

Dla Stanów Zjednoczonych szacujemy poziom niewypłacalności dla sektora niefinansowego na poziomie 10-12 proc. W Europie może to być 8-9 proc. Najbardziej dotknie to mniejsze podmioty. Przekładając ten model na Polskę, gdzie udział małych i średnich przedsiębiorstw w PKB jest wysoki, szczególnie w odniesieniu do innych państw europejskich, należy przyjąć, że ten odsetek będzie wyższy niż to, co prognozujemy dla Europy Zachodniej, bardziej zbliżony do założeń dla USA.

Prowadzący firmy, ale nie tylko oni, mają teraz przede wszystkim jedno pytanie, od którego zależą decyzje dotyczące przyszłości ich biznesów: jak długo to wszystko potrwa? Jak długo gospodarka będzie w hibernacji i kiedy zaczniemy wychodzić z kryzysu? Na ile musimy się przygotować?

Przede wszystkim kryzys już mamy, nie oszukujmy się, większość przedsiębiorców może to potwierdzić.

Na ten moment szacujemy, według naszej najlepszej wiedzy, że nawet do końca drugiego kwartału może obowiązywać dystansowanie społeczne, czyli de facto zamknięcie głównych gospodarek. Odbicie zacznie się w trzecim, a nabierze rozpędu w czwartym kwartale. Pozostaje pytanie, na ile szybko uda się wtedy odbić i czy po drodze nie pojawią się zdarzenia, których teraz nie jesteśmy w stanie przewidzieć, a które spowolnią i wydłużą ten proces

Jako przedsiębiorca, na teraz przyjmowałbym następujące założenia: do końca tego kwartału jest problem, moim celem musi być zachowanie poduszki finansowej oraz miejsc pracy, tak by utrzymać bazę i pozostać w gotowości na szybki powrót na rynek. Od trzeciego, a szczególnie w czwartym kwartale, musi zostać położony mocny nacisk na to, by skutecznie odbudowywać siły oraz odnaleźć się w innej, nowej rzeczywistości biznesowej. 

Jak będzie wyglądać ta nowa rzeczywistość? Co zmieni ten kryzys?

Na pewno wiele podmiotów nie przetrwa tego kryzysu, czyli zmieni się dynamika konkurencyjna niektórych branż, czasami w znaczący sposób. Z pewnością bardzo mocno przyspieszy rozwój technologii cyfrowych i digitalizacja, w sposób masowy i w tempie jakiego bez tego kryzysu szybko byśmy nie doświadczyli. Będziemy musieli pogodzić się z dużymi zmianami społecznymi, wzrośnie bowiem bezrobocie, spadną dochody, a w konsekwencji pojawią się problemy dnia codziennego związane z nową normalnością.

Widzę to trochę jako powrót do podstaw, do trendów, które były kluczowe dekadę temu - zmieni się sposób wydawania pieniędzy, oszczędzania, w dużym stopniu behawiorystka konsumencka. Paradoksalnie wrócimy do tego, że pewne rzeczy nie są dane raz na zawsze, że trzeba budować zabezpieczenia i myśleć w horyzoncie długoterminowym. Dla wielu osób będzie to przyspieszona lekcja ekonomii, a szczególnie pojęcia cykliczności gospodarek.  

To wszystko będzie miało znaczące skutki gospodarcze, biznes będzie musiał szybko zaadaptować się do zmian, przestawiając się na monetyzację pojawiających się szans -  pamiętajmy bowiem, że każdy kryzys, poza ogromnymi wyrzeczeniami, generuje także nowe możliwości.

Teraz jest to trudne, jednak w ramach wydarzeń kolejnych miesięcy, kluczowe jest to, by w sposób konstruktywny i kreatywny patrzeć do przodu. Będzie to wymagało od nas, jako od społeczeństwa, większej odpowiedzialności, empatii i o wiele większej elastyczności. Świat po kryzysie będzie inny i chcąc nie chcąc, wszyscy na swój sposób będziemy musieli się do niego zaadaptować