532 pingwiny białookie, zwane też pingwinami Adeli (Pygoscelis adeliae), zostały znalezienie martwe podczas ekspedycji na Antarktydzie. Naukowcy z Uniwersytetu Federacji w Australii obawiają się, że może być ich nawet ponad tysiąc. Eksperci pobrali od ptaków próbki i przekazali do laboratoriów. W maju poznamy wyniki i ponad wszelką wątpliwość dowiemy się, co zdziesiątkowało pingwiny. Wstępna hipoteza nie jest jednak optymistyczna.
Według naukowców po badaniach terenowych nie da się jednoznacznie potwierdzić, ale można mieć uzasadnione obawy, że to ptasia grypa była powodem ich śmierci. Jeśli tak rzeczywiście jest, to jest to fatalna wiadomość. Wirus H5N1 może bowiem zdziesiątkować nie tylko zagrożone gatunki ptaków, ale też inne zwierzęta żyjące na Antarktydzie.
- Może to mieć ogromny wpływ na dziką przyrodę, na którą już wpływają zmiany klimatyczne i inne zagrożenia środowiskowe - powiedziała Agencji Reutera Meagan Dewar, biolożka, która brała udział w wyprawie. Jak opisywała w rozmowie z agencją, martwe pingwiny znaleziono pokryte śniegiem w temperaturze poniżej zera stopni Celsjusza. Było ich tak dużo, że badacze nie byli w stanie zliczyć wszystkich ptaków, które zginęły na wyspie Heroina w ciągu ostatnich miesięcy.
Tymczasem w tym tygodniu u mieszkańca Teksasu potwierdzono zakażenie wirusem ptasiej grypy. Mężczyzna prawdopodobnie zakaził się przez kontakt z bydłem. Na świecie takie przypadki są "sporadyczne", jednak mogą wywołać poważną chorobę, a nawet doprowadzić do śmierci. Jeśli wirus zacząłby przechodzić z człowieka na człowieka, stanęlibyśmy w obliczu ryzyka pandemii. Przypomnijmy bowiem, że pandemia COVID-19 także mogła zacząć się od "przejścia" wirusa ze zwierząt na człowieka. Więcej pisał o tym Patryk Strzałkowski.