Na cztery miesiące przed wyborami opozycja w czeskim parlamencie z partią ANO i Andrejem Babiszem na czele, nawołuje do dymisji całego rządu, zwołuje nadzwyczajne posiedzenie parlamentu i mówi o wotum nieufności dla rządu. Los gabinetu jest naprawdę niepewny, bo krytyczne głosy słychać też wśród koalicjantów. Powód? W Czechach wybuchła potężna afera, która kosztowała już stanowisko czeskiego ministra sprawiedliwości Pavla Blažeka. Resort przyjął bitcoiny od mężczyzny skazanego wcześniej za handel narkotykami. Według mediów kryptowaluta mogła pochodzić z działalności przestępczej.
Tomáš Jirikovský został wiele lat temu skazany za stworzenie platformy w tzw. dark necie, gdzie można było obracać narkotykami oraz lekami. Kiedy wyszedł z więzienia, zwrócono mu sprzęt z zaszyfrowanym portfelem kryptowalutowym. Mówi się, że dogadał to z wiceministrem sprawiedliwości, z którym prywatnie się znał. Mężczyzna zaproponował przekazanie 30 proc. jego zawartości na cele publiczne. Zgodnie z podpisaną z ministerstwem umową środki miały zostać przeznaczone na pomoc ofiarom przestępstw, walkę z cyberprzestępczością i poprawę warunków w więzieniach. Resort pozyskał w ten sposób miliard koron, czyli około stu siedemdziesięciu milionów złotych. Sprawą zajmuje się Narodowa Centrala Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej. Własne dochodzenie prowadzi prokuratura. Co ważne, sam Pavel Blažek odrzucił oskarżenia, a swoją rezygnację uzasadnił troską o dobro rządu.
Największe emocje w tej sprawie budzi fakt, że wciąć jest wiele niewiadomych - dlaczego darczyńca przekazał bitcoiny i skąd dokładnie pochodziły? - Ta afera może zdyskredytować instytucje państwowe w oczach obywateli, ale także zaufanie do sprawiedliwości w ogóle. Ma potencjał, aby zaszkodzić nam również za granicą. I z tego powodu jestem przekonany, że musimy zrobić wszystko, aby wszystko, co jest związane z tą sprawą, zostało przejrzyście i dokładnie zbadane, abyśmy mogli wyciągnąć z tego wnioski, wnioski wszelkiego rodzaju, czy to etyczne, polityczne, czy może karne. A jeśli okaże się, że niektórzy popełnili błędy w tej sprawie, to muszą ponieść odpowiedzialność - apelował prezydent Czech Petr Pavel.
Premier Petr Fiala zapowiedział już zwołanie rady bezpieczeństwa, by zbadać, czy instytucje państwowe nie zostały wykorzystane do legalizacji środków pochodzących z przestępstw. Mimo to opozycja zarzuca rządzącym udział w procederze prania pieniędzy. Andrej Babisz sprowokowany tą aferą zdążył już nazwać premiera "szefem hydry, szefem mafii", a rządzących nazwać "przestępcami" oraz "mafiozami". Jego partia ANO według ostatniego sondażu ma 34,1 proc. poparcia i idzie po władzę. Bo mówimy o sondażu zrobionym jeszcze przed wybuchem afery bitcoinowej. Politycy rządzący są świadomi, że ta afera może być ich politycznym gwoździem do trumny. Zwłaszcza że wciąż nie wyjaśniono, czy oraz ile o tej sprawie wiedział sam premier.
- Ta sprawa ma niezwykle szkodliwy potencjał - przyznał Petr Fiala podczas przemówienia w parlamencie. Podobnego zdania są eksperci, którzy wróżą trudną przyszłość rządzącym politykom. - Kiedy tego typu rzeczy eksplodują, mają po prostu niszczycielski wpływ. Choćby dlatego, że są zrozumiałe dla wyborców. (...) Z upływem dni stracą część swojego poparcia, a głosy te rozleją się na innych - przyznaje Martin Buchtík, socjolog i dyrektor instytutu analitycznego STEM. - Ta sprawa znacznie utrudni im odbudowanie zaufania. Wręcz przeciwnie, mogą nawet stracić część zwolenników, którzy pozostali - dodawał. Koalicja, która rządzi w Czechach, przekonywała, że jest "mniejszym złem" w zestawieniu z partią ANO, ale ostatnia afera sprawia, że nie brzmi to już dla Czechów wiarygodnie. Jeszcze przed nią poparcie dla rządu było jednym z najmniejszych w historii.
Przeczytaj też: Czesi rzucili się na polskie truskawki. "Wykupują je hurtowo". Decydują dwa czynniki.
Źródła: IAR, Seznam Zpravy, Novinky, "Gazeta Wyborcza"