Urzędnicy z Ministerstwa Oświaty i Wychowania po długich naradach wybierają wreszcie komputer, który ma trafić do szkół i stać się dla większości polskich uczniów szansą na pierwsze zetknięcie z informatyką. To Elwro 800 Junior, owoc współpracy Politechniki Poznańskiej (projekt) z wrocławskimi zakładami ELWRO (produkcja).
Mikrokomputer wyróżnia się już na pierwszy rzut oka, bo całą jego elektronikę upchnięto w obudowie zapożyczonej z... zabawkowych organów Elwirka (została nawet charakterystyczna podstawka pod nuty). Problem braku oprogramowania, na jaki napotyka każda nowa konstrukcja, sprytnie rozwiązano, tworząc tryb zgodności z ZX Spectrum. Dzięki temu ogromne ilości programów edukacyjnych i użytkowych z tego najpopularniejszego wówczas komputera domowego można uruchamiać również na Juniorze (podobnie jak tysiące znakomitych gier, co bardzo cieszy uczniów). Lecz jak zapewnia "Bajtek":
Podstawowym zadaniem Elwro 800 Junior jest działanie pod kontrolą systemu CP/J, czyli przerobionego CP/M z dodaną obsługą sieci JUNET (nazwanej tak od słów "Junior" i "net"). To innowacyjne rozwiązanie, które pozwoli zrealizować wizję jak z filmów science-fiction. Oto sala lekcyjna wypełniona Juniorami. Nauczyciel nie musi chodzić między ławkami, tylko na własnym komputerze widzi i kontroluje pracę uczniów, ładuje również programy do "uczniowskich" Juniorów bezpośrednio ze stacji dysków podłączonej do "nauczycielskiego" stanowiska.
Na papierze wszystko wygląda bardzo interesująco, lecz wątpliwości budzi planowana skala produkcji. W roku 1986 zakłady ELWRO zobowiązują się dostarczyć do szkół 500 Juniorów, rok później - 5 tysięcy, docelowo zaś (nie wiadomo jednak kiedy) - 30 tysięcy egzemplarzy rocznie. Jak słusznie niepokoili się autorzy książki "Komputery osobiste" (rok wydania 1987):
Niestety, czas pokaże, że nawet tych niezbyt ambitnych planów nie uda się zrealizować, a Elwro 800 Junior będzie wyjątkowo rzadkim zjawiskiem w polskich szkołach. Wyprodukowanych zostanie zaledwie 9000 komputerów, czyli maleńka kropelka w morzu potrzeb. Polską młodzież skomputeryzują produkty zachodnie.
W świecie mikroinformatyki również trzeba zachować ideologiczną czujność. Przecież wśród informacji i obrazów, które każdego dnia bombardują człowieka, wiadome siły próbują przemycać także treści szkalujące socjalistyczny obóz pokoju i postępu. Na szczęście redakcja "Komputera" czuwa i dostrzega tę - nazywając rzecz po imieniu - "komputerową dywersję". Przykład? Proszę bardzo:
"Oto symulacyjno-zręcznościowa gra RAID OVER MOSCOW. Na tę wyprawę nad stolicę supermocarstwa wyruszyła firma reprezentująca drugie supermocarstwo ? U.S. GOLD. Grający ma za zadanie przedostać się nad terytorium ZSRR, którego rakiety lecą już w stronę USA. Jeżeli nie zdąży, amerykańskie miasta zostaną kolejno zniszczone. Terytorium naszego wschodniego sąsiada przedstawione jest jako kraina usłana prawie wyłącznie podobnymi do obozowych wieżyczkami strażniczymi i zbiornikami z paliwem (nie licząc radarów, czołgów i helikopterów). Atrakcyjność programu powoduje, że gdzieś tam w świadomości gracza pozostaje obraz ZSRR jako państwa rozpoczynającego wojnę i o to właśnie chodzi twórcom polityczki".

W kioskach pojawia się pierwszy numer "pisma użytkowników Atari XL/XE", kosztujące 1500 zł "Tajemnice Atari". Na razie to tylko osiem stron na gazetowym papierze, ale wkrótce magazyn ten stanie się comiesięczną lekturą obowiązkową niemal wszystkich posiadaczy małej atarynki (przypomnijmy: mimo technologicznego postępu w kraju i na świecie Atari XL/XE to wciąż najpopularniejszy komputer domowy w Polsce).
W inauguracyjnym wydaniu "Tajemnic Atari" znajdujemy cenne materiały dla graczy: mapę (jak się później okazało, narysowaną z błędami uniemożliwiającymi ukończenie gry) bestsellerowej polskiej labiryntówki pt. Misja oraz listing nowej gry Janusza Pelca (autora Misji oraz Robbo), pt. Heartlight. Bezbłędne przepisanie linijka po linijce trzech stron niemal w całości wypełnionych instrukcjami DATA i monotonnymi ciągami liczb da możliwość zagrania w kolejną pomysłową wariację na temat Boulder Dasha i Sokobana oraz szansę na tworzenie własnych plansz i usprawnień.
Miłośnicy programów użytkowych mogą z kolei wykorzystać niemal równie długi i trudny w przepisywaniu listing programu COS - Kasetowego Systemu Operacyjnego, odpowiednika DOSa dla tych atarowców (a była ich zdecydowana większość), którzy wciąż nie kupili stacji dysków. COS potrafi m.in. (poleceniem DIR) wyświetlić spis zawartości uprzednio nagranej specjalnym programem kasety:
"Należy przewinąć taśmę na początek niewiadomego programu, włączyć "PLAY" w magnetofonie i jednocześnie wcisnąć jakiś klawisz komputera. Po odczytaniu pierwszego bloku programu COS wyświetli jego nazwę (name), rozszerzenie (ext) i długość (len), o ile zostały wprowadzone przy użyciu NCopy. W przeciwnym razie pojawi się ciąg znaków zapytania. Należy polem odszukać początek następnego nieznanego programu itd. Poszukiwania ułatwia stale włączony, podczas operacji DIR, silnik magnetofonu".
Redagowane przez autorów związanych z Laboratorium Komputerowym Avalon "Tajemnice Atari" będą ukazywać się niemal do końca 1993 roku.
W warszawskim hotelu Victoria firma IBM prezentuje komputer PS/1, próbując walczyć z opinią producenta drogich i skomplikowanych maszyn tylko dla fachowców. Jak pisze w relacji z tego wydarzenia redaktor "Bajtka", Marcin Borkowski:
"W założeniu jest to maszyna, która ma pozwolić osobom nie znającym się na komputerach na korzystanie z nich. W tym celu PS/1 wyposażono w przyjazne dla użytkownika oprogramowanie (...), które ma go poprowadzić za rękę od momentu włączenia maszyny, do momentu, w którym pomoc nie będzie już potrzebna".
Sam komputer to poczciwe AT taktowane zegarem 10 MHz, z pamięcią operacyjną 512 lub 1024 kB (w wersjach z samą stacją dyskietek lub dyskiem twardym 30 MB) oraz kartą graficzną VGA. Niestety, IBM nie przygotowuje komputera w polskiej wersji językowej, PS/1 nie potrafi też poprawnie wyświetlać polskich znaków diakrytycznych. Cena - około 15 milionów złotych, czyli znacznie drożej niż u "niemarkowej" konkurencji (porządne AT można kupić już za połowę tej kwoty). Zapewne dlatego propozycja IBM nie zdobędzie w naszym kraju większej popularności.
Jak się okazuje, w Polsce nie ma jeszcze zapotrzebowania na pecety, które poprowadzą użytkownika za rękę. Właściciele pecetów to fachowcy, którzy poprowadzą się sami, a priorytetowe znaczenie - oprócz ceny - mają dla nich parametry techniczne sprzętu.
Takie podejście będzie u nas powszechne jeszcze bardzo długo. Dopiero dziesięć lat później coś zacznie się zmieniać, a Wojciech Orliński na łamach Gazety Wyborczej zapowie nawet "zmierzch ery blaszaka łupanego". Przy zakupie peceta będziemy sprawdzać nie tylko megaherce i megabajty, ale również łatwość w obsłudze, niezawodność, a także... walory estetyczne. Jak napisze Orliński:
Wszystko to jednak zdarzy się dopiero w następnym stuleciu. W czasach PS/1 jest na to jeszcze zbyt wcześnie.

Według najnowszych badań z Internetu korzysta 13% Polaków, ale tylko niecała połowa z nich ma dostęp do sieci we własnych domach - reszta surfuje w szkołach, w zakładach pracy lub w kawiarenkach. To wygodne rozwiązanie - zamiast używać numeru dostępu 0202122, blokować linię telefoniczną wszystkim domownikom, godzić się ze zrywaniem połączeń i niewielką szybkością transferu danych oraz nerwowo liczyć impulsy (35 groszy za każde rozpoczęte 3 minuty lub - po godzinie 18 - za 6 minut połączenia), można po prostu iść do kawiarenki internetowej. Powstają wciąż nowe miejsca tego typu, stając się sposobem spędzania wolnego czasu przez młodzież. Reporter Gazety Wyborczej pisze:
Cena to 4 złote za każdą godzinę korzystania z komputera, ale wielu amatorów sieci potrafi spędzić przed monitorem całą noc, tocząc zawzięte pojedynki w Quake'a III Arena lub Unreal Tournament. Inni oblegają czatowe pokoje, prowadzą e-mailową korespondencję lub po prostu przeglądają zasoby sieci, zafascynowani nowym medium. Rzeczywistość wirtualna coraz śmielej wkracza w nasze życia i jeden tylko Stanisław Lem przestrzega:
Ale kto by tam słuchał Stanisława Lema. Popularną usługą w kawiarenkach internetowych staje się również IRC - wielogodzinne rozmowy na kanałach mogą przerodzić się w owocne znajomości w realu. Niekiedy - bardzo owocne. "Wysokie obcasy" zamieszczają reportaż o związkach, które narodziły się właśnie w ten sposób:
"Na urodziny Senser, który jest informatykiem i operatorem serwera IRC-owego (czyli wielką szychą w Internecie), podarował jej uprawnienia operatora #krakow. To wielki gest, bo zwykle w Internecie dostaje się na urodziny e-kartkę, która przychodzi mailem, albo kolorową różę. Główka róży to czerwony znak @, łodyga to kilka zielonych myślników, listki to przecinki."
Zwieńczeniem znajomości, która zaczęła się od tak wzruszającego prezentu, może być - rzecz jasna - tylko ślub. Takie historie pokazują niedowiarkom i coraz liczniejszym krytykom sieci, że jednak da się przejść od więzi wirtualnej do tej rzeczywistej, "prawdziwej".

Komputer Elwro 800 Junior
Gra Raid over Moscow
Tajemnice Atari
Komputer IBM PS/1
Kawiarenka internetowa w roku 2001