Brytyjska recepcjonistka nie chciała nosić szpilek w pracy. Jej petycja może zmienić prawo

Nicola Thorp zebrała ponad 150 tys. podpisów przeciwko dyskryminacji kobiet w miejscu pracy ze względu na ubiór. Choć brytyjskie prawo nie pozwala na taką dyskryminację, wiele firm nie stosuje się do zakazu.

W 2016 r. Nicola Thorp, nowozatrudniona recepcjonistka PwC w londyńskim City została poproszona o zmianę obuwia. Kazano jej założyć buty na obcasie w wys. 5-10 cm. Kiedy odmówiła, odesłano ją do domu bez zapłaty.

Pracownicy nie spodobał się głównie brak wyjaśnień – jej zdaniem nikt nie potrafił racjonalnie wytłumaczyć, w jaki sposób buty na płaskiej podeszwie miałyby przeszkadzać jej w pracy.

W odpowiedzi rozpoczęła akcję zbierania podpisów pod petycją o zmianę prawa. Udało jej się zachęcić 152 420 osób, dzięki czemu sprawa trafiła do brytyjskiego parlamentu. Co ciekawe, prawo zakazujące stosowania dyskryminujących dress codów już w Wielkiej Brytanii istnieje, często jednak jest ignorowane.

– Prawo musi być nie tylko jasne, ale także działać – skomentowała Helen Jones, przewodnicząca komitetu do spraw petycji przy brytyjskim parlamencie. Dodała, że rząd przyznał więc, że to, jak pracodawca potraktował NicolęThorp było niezgodne z prawem. Okazało się także, że historia Nicoli nie jest wyjątkowa.

Dwa brytyjskie komitety parlamentarne, House of Commons Women oraz Equalities Committee, sporządziły raport, z którego wynika, że problem dotyczy nie tylko w szpilkek. W Londynie kobiety bywają zmuszane do noszenia wydekoltowanych bluzek i zakładania krótkich spódniczek w celu zwiększenia sprzedaży.

Zdaniem Frances O’Grady, głównej sekretarz centrali związkowej Trades Union Congress, brytyjscy pracodawcy zatrzymali się w czasie, ustalając dress cody.

– To niedopuszczalne, by w 2017 r. szefowie ciągle zmuszali kobiety do noszenia bolesnych czy niestosownych butów i strojów – powiedziała dla Timesa. – Szpilki i makijaż powinny być czymś dobrowolnym, a nie warunkiem przyjęcia do pracy.

Więcej o: