Dzień Wolności Podatkowej. Znów usłyszysz, że przymusowo pracujesz na potrzeby rządu

Rafał Hirsch
Żyjemy w czasach, w których codziennie słyszymy wiele głupot i nieprawd. Jest ich coraz więcej, ale jeden element nie zmienia się od ponad dwudziestu lat. Mniej więcej w połowie czerwca słyszymy, że pracowaliśmy od początku roku na potrzeby rządu, ale właśnie przestaliśmy. No i do tego, że pracowaliśmy przymusowo.
Andrzej Sadowski i Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha, które co roku ogłasza Dzień Wolności Podatkowej
STEFAN ROMANIK

Dzień Wolności Podatkowej jest straszny

Dzień Wolności Podatkowej jest trochę śmieszny i trochę straszny. Straszne jest przede wszystkim podejście autorów tego produktu medialnego do koncepcji państwa i jego relacji z obywatelami. 

Oto zdaniem Centrum im. Adama Smitha dziś przestajemy pracować na potrzeby rządu i zaczynamy pracować na własne potrzeby. Oczywiście symbolicznie, żeby nikt tego nie brał dosłownie. Ale złe symbole są bardzo ważną częścią zła, które nas otacza. 

Według Centrum im. Adama Smitha jak rozumiem istnieje rząd i istnieją ludzie. Są to dwa wyraźnie zaznaczone i osobne podmioty i nawet można odnieść wrażenie, że są zwrócone przeciwko sobie, bo ludzie na potrzeby rządu pracują przymusowo. Czyli rząd zmusza jakichś ludzi, żeby pracowali na jego potrzeby. Centrum im. Adama Smitha nie pisze jakie to potrzeby. Ale jedno jest jasne. Skoro jesteśmy ludźmi, a świat polega na tym, że są ludzie i przeciwko nim jest rząd, który ich zmusza, to znaczy, że rząd jest naszym wrogiem.

I ten nasz wróg nas zniewala. Ale tylko do połowy czerwca. Potem odzyskujemy wolność. Dlatego to dzień WOLNOŚCI (podatkowej). 

Zniewoleni i bezwzględnie eksploatowani przez zły rząd, nie jesteśmy w stanie się od Centrum im. Adama Smitha dowiedzieć, czym dokładnie są potrzeby rządu. Na szczęście istnieje Mapa Wydatków Państwa Fundacji Republikańskiej.

Lista potrzeb rządu, na które przymusowo pracujesz 

Okazuje się, że dokładnie połowa wydatków rządu to emerytury, ochrona zdrowia i edukacja. Kolejne 20 procent to wydatki na infrastrukturę, pomoc społeczną i obronę narodową. Zaiste, własne potrzeby rządu są wielkie! A my, Naród, nie mamy z nimi nic wspólnego, bo to nie są NASZE potrzeby, tylko potrzeby RZĄDU.

Rząd nam przymusowo zabiera te podatki i potem wydaje nasze pieniądze na swoje potrzeby, czyli finansuje emerytury i szkoły podstawowe. W ogóle nie ma cienia szansy, żeby przeciętny zniewolony (ale tylko do połowy czerwca) obywatel miał okazje zetknąć się w życiu z efektami tych wydatków (chyba, że należy do rządu). 

Dzień Wolności Podatkowej jest moim zdaniem szczytem braku patriotyzmu. Naród karmiony co roku tak przerażającymi głupotami nie jest i nigdy nie będzie stworzyć mocnego i dobrze działającego państwa, bo państwo działa dobrze tylko wtedy, kiedy obywatele mają do niego jakieś minimum zaufania i traktują je jak własne, niezależnie od tego, jaka partia akurat jest u władzy. Państwa, o którym twierdzi się co roku, że przymusowo zniewala, nie da się traktować jak własnego. Pomijam tu już kwestię kosztów transakcyjnych, które zależą od poziomu zaufania ludzi do siebie nawzajem i do państwa, a które kiedy są tak wysokie jak w Polsce, to spowalniają tempo rozwoju gospodarczego. 

Dzień Wolności Podatkowej jest śmieszny

W 2017 roku Dzień Wolności Podatkowej przypada najszybciej w całej blisko 25-letniej historii tego pomysłu. Tak jakby nagle ktoś nam obniżył podatki. Ale przecież nic takiego nie nastąpiło.

Okazuje się, że Dzień Wolności Podatkowej jest obliczany nie na podstawie tego, ile podatków płacimy, ale na podstawie tego, jakie wydatki ma sektor publiczny. 

Wystarczy więc, że wydatki się zmniejszają (bo np. rząd przez pół roku w 2016 nie wiedział, jak się zabrać do środków unijnych, więc ich nie wydał) i już Dzień Wolności Podatkowej jest wcześniej. Przy rosnących dochodach podatkowych. Komedia na całego. 

Oczywiście wydatki państwa różnią się od dochodów podatkowych dwiema rzeczami. Po pierwsze, Polska co roku ma deficyt budżetowy, więc wydatki zawsze są większe od dochodów. Po drugie, państwo ma dochody nie tylko z podatków. W 2016 roku miało na przykład całkiem spory dochód z aukcji częstotliwości LTE.

Do tego są mandaty, opłaty celne albo sądowe, dywidendy ze spółek Skarbu Państwa, dochodzi nierzadko spory zysk NBP. To wszystko oczywiście nie przynosi wpływów tak samo dużych, jak podatki, ale jednak powoduje to, że nie można mówić o wydatkach, że to to samo co podatki. 

Gdyby Dzień Wolności Podatkowej mierzyć faktycznymi podatkami, a nie wydatkami, to przypadałby on gdzieś w okolicach pierwszej połowy maja. Krócej bylibyśmy przymusowo zniewoleni przez ten rząd, co ma swoje potrzeby. 

I proszę nie dać się zwieść fałszywym argumentem, że deficyt to też podatki, tylko że w przyszłości. Po pierwsze jeśli tak, to co roku Centrum im. Adama Smitha powinno od bieżących wydatków odliczać jakąś ich część, którą już w przeszłości policzyło jako „przyszłe” w związku z deficytem. Ale chyba tego nie robi. Czyli chyba liczy dwa razy to samo.

Życie jest skomplikowane 

Życie jest bardziej skomplikowane niż teoria, która mówi, że każdy dług publiczny kiedyś będzie musiał zostać spłacony (oczywiście spłacony pieniędzmi z podatków). Oczywiście fani tej teorii zawsze dysponują argumentem nie do zbicia, że dług kiedyś będzie musiał zostać spłacony, ale to „kiedyś” jeszcze nie nastąpiło. Nie wiadomo kiedy nastąpi, ale na pewno „kiedyś” nastąpi. Bo tak. 

Warto jednak zauważyć, co się dzieje chociażby w Niemczech w ostatnich latach. Niemcy mają nadwyżki budżetowe. Ich dług w stosunku do PKB spada. Ale jednocześnie Niemcy nieprzerwanie emitują nowy dług. Wciąż wypuszczają na rynek nowe obligacje. Nie potrzebują pożyczać pieniędzy, żeby finansować wydatki, ale i tak te pieniądze pożyczają.

To dlatego, że chce tego druga strona, czyli kupujący ten dług – banki, fundusze, firmy ubezpieczeniowe. Setki firm z setkami tysięcy klientów, którzy chcą swoje oszczędności ulokować bezpiecznie na parę procent rocznie. Ostatnio nawet mniej niż parę procent, ale i tak chętnych nie brakuje. 

Dług publiczny nigdy nie zniknie, więc nie trzeba go będzie spłacać z przyszłych podatków. Nie zniknie, bo byłaby to katastrofa dla tych wszystkich, którzy z posiadania tego długu czerpią korzyści. Dług publiczny to aktywa na rynkach finansowych i to aktywa bardzo cenne. To część tej samej układanki.

Ludzie płacą państwu podatki, a państwo dostarcza im usługi publiczne i przy okazji także bezpieczne aktywa finansowe. Wszystko to razem pozwala zwiększać PKB, dzięki czemu mogą stopniowo rosnąć zarówno wpływy podatkowe, jak i poziom długu, a więc także zasób bezpiecznych aktywów.

Tak funkcjonują współczesne państwa. Bez zniewalania i przymusowej pracy na potrzeby rządu. Tak, wiem, ekonomia nie jest prosta, tylko skomplikowana. Życie też jest skomplikowane. Warto o tym pamiętać w Dniu Wolności Podatkowej.

Rafał Hirsch
Więcej o: