Ropa naftowa to surowiec kluczowy dla Rosji. Na tyle, że budżet tego kraju budowany jest w oparciu o prognozy jej cen. To, co z wydobyciem robi Rosja, jest też ważne dla całego świata, bo to drugi największy (po Arabii Saudyjskiej) eksporter tego surowca.
Od 1999 roku, kiedy zaczęła się na Kremlu era Putina, przeciętne wydobycie ropy wzrosło w Rosji z 6,1 mln do 10,98 mln baryłek dziennie w 2017. To najwyższy poziom od 1991 roku, kiedy rozpadał się Związek Radziecki.
Bicie rekordów może się jednak skończyć, bo w porównaniu z 2016 rokiem był to jednak już minimalny wzrost – 0,1 proc. To tempo ograniczane jest porozumienie OPEC, do którego Rosja, przystąpiła, choć sama nie jest członkiem kartelu. W ramach umowy, która weszła w życie w 2017, państwa te zobowiązały się stopniowo ograniczać wydobycie surowca. Chodziło o to, by podnieść rynkowe ceny ropy, od których mocno uzależnione są gospodarki niektórych producentów. Ale Rosja chwilę wcześniej mocno wydobycie zwiększyła, więc ma z czego ciąć.
Rosja w budżecie na przyszły rok zapisała sobie cenę ropy na poziomie 40 dolarów za baryłkę. To znacznie poniżej aktualnych cen. Ale władze wolą być ostrożne, bo trzy lata temu założyły, że będzie to 100 dolarów. Tymczasem w 2015 roku ropa mocno taniała, budżet przestał się spinać i rząd musiał na gwałt szukać oszczędności, bolesnych dla mieszkańców kraju. Rosyjski rząd przestrzelił też cenę ropy w 2016 roku, choć już nie tak mocno. Nic więc dziwnego, że teraz woli dmuchać na zimne (w dodatku w połowie roku w Rosji są wybory, więc perspektywa cięć w budżecie nie są na rękę Putinowi).
Na razie ceny ropy, zarówno europejskiej typu Brent, jak amerykańskiej WTI, są powyżej 60 dolarów za baryłkę, blisko najwyższych poziomów od połowy 2015 roku.
Działania krajów OPEC podbijają notowania (choć ten efekt nieco tamuje rosnące wydobycie w USA)i duże zapotrzebowanie z Chin. W ostatnich dniach podbija je też sytuacja w Iranie, gdzie odbywały się antyrządowe protesty.
+++