Premier Mateusz Morawiecki powiedział parę dni temu w Davos, że aby wejść do strefy euro konieczne jest, aby Polska osiągnęła 82-90 procent poziomu dochodów bogatszych państw, takich jak Niemcy, czy Holandia. Musi też nastąpić „konwergencja systemów gospodarczych”, chociaż nie powiedział jak ją mierzyć.
Dzień póżniej prezydent Andrzej Duda powiedział jako główny wskaźnik tego, czy jesteśmy już gotowi wejść do strefy euro określił poziom zarobków przeciętnego Polaka. Mają się one zbliżyć „mniej więcej do średniej unijnej”. Chodzi o to, aby Polacy zarabiali w euro „godziwe pieniądze”.
Prezydent o konwergencji systemów nic nie mówił. Ale za to był bardziej precyzyjny od premiera jeśli chodzi o główne kryterium. Premier mówił o dochodach, ale nie sprecyzował czy chodzi o dochody wszystkich Polaków, czy tylko tych zatrudnionych, czy może na przykład o dochody budżetu, albo o dochody w całej gospodarce, czyli mówiąc inaczej PKB.
Jest jednak istotna różnica. Prezydent odnosił średnią zarobków do średniej unijnej, a premier mówił o dochodach w kontekście średniej w strefie euro. To zupełnie różne średnie. Ta ogólnounijna jest niższa, bo oprócz państw ze strefy euro wchodzą do niej też najbiedniejsze kraje unijne takie jak Bułgaria, czy Chorwacja.
Ale to jeszcze nic, bo kilka godzin po prezydencie swoją opinię wypowiedział minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński. Jego zdaniem możemy wejść do euro wtedy, kiedy sięgniemy 80-90 procent średniej unijnej, ale nie w dochodach, czy też zarobkach przeciętnego Polaka, tylko w „sile nabywczej PKB na głowę mieszkańca”.
Minister Kwieciński mówił też o konwergencji, zapewne w tym samym kontekście, co premier Morawiecki. Mówił, że proces konwergencji musi się jeszcze pogłębić, bo nie jesteśmy na tyle bogaci, aby teraz wchodzić do euro. Można więc uznać, że konwergencja systemów gospodarczych, o których mówił premier w Davos to w istocie rzeczy właśnie dochodzenie do tych 80-90 procent dochodów/zarobków/PKB na głowę mieszkańca.
W obliczu tak zaawansowanej dyskusji milczenia zachować nie mógł prezes Narodowego Banku Polskiego, czyli instytucji, która będzie miała sporo do zrobieniu kiedy decyzja o wchodzeniu do euro ewentualnie zapadnie. Prezes Adam Glapiński powiedział, że możemy wejść do euro, kiedy będziemy mieli 70 procent zamożności i dojrzałości gospodarczej strefy euro. Żeby było trudniej i ciekawiej dodał do tego określenie „na przykład”.
Proszę zauważyć, że prezes NBP jest łagodniejszy niż premier i minister rozwoju, bo próg stawia na poziomie 70 procent, a nie 80-90 procent. Zamożność zapewne oznacza dochody. Niestety nie wiadomo, czy pracujących, czy wszystkich Polaków, czy może chodzi o PKB, a jeśli tak, to czy o nominalne, czy na głowę mieszkańca i czy uwzględniając siłę nabywczą, czy nie. No i do tego dochodzi kwestia „dojrzałości gospodarczej”. Prezes nie powiedział jak i czym to mierzyć.
Co ciekawe prezes NBP pomimo tego, że mówi o progu 70 procent uważa, że możemy wejść do strefy euro za „20,25,30 lat”. Za to minister Kwieciński podaje próg wyższy, bo 80-90 procent, ale uważa, że moment wejścia do euro nie musi być wcale odległy. Jego zdaniem jeśli gospodarka będzie rosnąć tak szybko jak dziś, to do momentu gotowości wejścia do euro dojdziemy szybko.
Podsumowując: do strefy euro możemy wejść jeśli osiągnięmy poziom 70, albo 80-90, albo 82-90 procent zamożności w strefie euro, albo średniej unijnej PKB na głowę mieszkańca, albo średniej unijnej zarobków, albo dochodów bogatszych państw.
Zrobimy to w 20-30 lat, albo szybko.
Ani prezydent, ani premier, ani prezes NBP, ani minister rozwoju nie mówili nic o tym, że wejście do euro oznacza pozbawienie możliwości prowadzenia własnej polityki monetarnej i wpływania na koniunkturę gospodarczą w czasie kryzysów za pomocą stóp procentowych i kursu walutowego.
Za to wszyscy zgodnie dawali do zrozumienia, że nie możemy wejść do strefy euro, bo na razie jesteśmy na to po prostu za biedni.