Nowe szczegóły dotyczące śmiertelnego wypadku autonomicznego samochodu Ubera. "Nie powinna tego robić"

W poniedziałek na przedmieściach Phoenix doszło do wypadku z udziałem prototypowego, autonomicznego samochodu Uber. Śmiertelnie potrącił on pieszą. Dziś znamy więcej szczegółów dotyczących tragedii. Policja nie jest pewna, że samochód był winny.

Szef policji w amerykańskim Tempe, gdzie w poniedziałek doszło do tragicznego wypadku z udziałem pojazdu Ubera, zdradza więcej szczegółów na temat tragedii. Jak donosiliśmy wczoraj, doszło tam do śmiertelnego potrącenia pieszej przez prototypowy, autonomiczny pojazd testowany przez amerykańską firmę. Pojazd był prowadzony w trybie autonomicznym. W środku znajdował się też kierowca, w trakcie zdarzenia nie prowadził jednak pojazdu. 

Już wczoraj było wiadomo, że piesza, która zginęła w wypadku, weszła na jezdnię poza przejściem dla pieszych. Dziś wiadomo już, że zdarzenia trudno było uniknąć. Policja przeanalizowała nagranie z kamery znajdującej się w samochodzie. 

Wypadek Ubera: piesza wtargnęła na jezdnię?

Według Sylvii Moir poszkodowana mogła wtargnąć na jezdnię. Zrobiła to w słabo oświetlonym miejscu, w godzinach wieczornych.

Według wstępnych ustaleń wydaje się, że Uber nie ponosi winy. Po obejrzeniu nagrania jest dla nas jasne, że wypadku byłoby trudno uniknąć zarówno w przypadku samochodu sterowanego przez automat jak i człowieka. Świadczy o tym fakt, że poszkodowana gwałtownie weszła na jezdnię w słabo oświetlonym miejscu.

Przedstawicielka policji dodała, że poszkodowana kobieta prowadziła "rower obładowany foliowymi torbami". Mogła więc nie widzieć nadjeżdżającego pojazdu. Policja stwierdziła też, że poszkodowana nie powinna przechodzić w miejscu niedozwolonym, zaapelowała też, by do przekraczania jezdni używać dobrze oświetlonych przejść dla pieszych.  

Wiadomo też, że samochód Ubera nieznacznie przekroczył prędkość - jechał 38 zamiast 35 mil na godzinę (ok 4 km/h za szybko). Służby podały też, że na miejscu zdarzenia nie stwierdzono śladów hamowania. 

Możliwe konsekwencje

Ustalenia policji nie są ostateczne, śledztwo dotyczące wypadku wciąż trwa. Na miejscu tragedii zjawili się eksperci Krajowej Rady Bezpieczeństwa Transportu, która prowadzi niezależne postępowanie. Agencja zapowiedziała, że obejmie ono badanie zachowania pojazdu względem otoczenia, innych pojazdów oraz niechronionych użytkowników dróg takich jak piesi. 

Czytaj też: Samochód przeszłości ma przede wszystkim ratować ludzkie życie. 

Możliwe, że wypadek będzie miał wpływ na tempo dopuszczenia w pełni autonomicznych pojazdów do ruchu. Christopher Hart, szef Krajowej Rady Bezpieczeństwa Transportu, wyjaśniał w rozmowie z Technology Review, że producenci autonomicznych systemów muszą przekonać władze federalne do bezpieczeństwa swoich produktów. Zaznaczył, że pewnych okoliczności, które mogą wystąpić na drodze, nie da się opisać algorytmem. 

Nie ma oprogramowania, które byłoby na tyle inteligentne, by przewidzieć wszystkie okoliczności, w których to oprogramowanie będzie zmuszone działać. Na ulicę może wbiec pies, człowiek, może na niej pojawić się nagle rowerzysta, policjant, pracownik służb drogowych. Albo most może zawalić się podczas powodzi. Nie ma mowy, by ktoś zaprojektował system, który sobie z tym poradzi. 

- stwierdził.

Wyjaśnił też, że systemy zarządzające autonomicznymi pojazdami będą musiały dokonywać wyborów natury etycznej - decydować czy np. zabić kierowcę pojazdu czy pieszego. 

Więcej na temat etycznych i technologicznych problemów związanych z autonomicznymi pojazdami znaleźć można w naszym obszernym materiale.

***

Jest szefem aplikacji, która "morduje tradycyjne firmy". Klienci go uwielbiają. Taksówkarze nienawidzą. Kim jest Travis Kallanick?

Źródło: arstechnica.com