We wtorek w brytyjskiej Izbie Gmin odbędzie się głosowanie nad umową w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Głosowanie miało odbyć się jeszcze w grudniu ub. roku, ale premier Theresa May - w obliczu nieuchronnej porażki - zdecydowała się przesunąć je o kilka tygodni i kupić sobie trochę czasu.
Problem w tym, że od grudnia niewiele się zmieniło. Umowie, którą zaakceptowała Bruksela, sprzeciwia się nie tylko opozycja, ale również partyjni koledzy pani premier. Kością niezgody pozostają zapisy w sprawie Irlandii Północnej, czyli tzw. "backstop".
Porozumienie May zakłada, że do końca okresu przejściowego brexitu, czyli do stycznia 2021 roku, Wielka Brytania pozostanie w granicach unii celnej. Do tego czasu na granicy między Irlandią a Irlandią Północną nie będą obowiązywać kontrole (ani celne, ani osobowe). Backstop ma zostać uruchomiony, jeśli do końca okresu przejściowego nie uda się wypracować porozumienia handlowego między Londynem a Brukselą. Jeśli wszedłby w życie, Irlandia Północna sama w pewnych obszarach dostosowałaby się do jednolitego rynku UE, co według krytyków oznaczałoby w pewnym sensie podział Wielkiej Brytanii.
- tłumaczyła w swoim tekście Maria Mazurek.
Theresa May próbowała co prawda przekonać unijnych polityków, aby zrezygnowali z planu backstopu, ale jej starania spełzy na niczym. Zarówno szef Rady Europejskiej Donald Tusk, jak również inni unijni oficjele wciąż powtarzają, że wynegocjowana przez brytyjską premier umowa jest ostateczna i dalszych ustępstw już nie będzie.
W związku z tym przegrana we wtorkowym głosowaniu wydaje się wręcz nieunikniona, a sama Theresa May jest tego świadoma. W niedzielę na łamach czasopisma "Sunday Express" brytyjska premier znów straszyła, że odrzucenie porozumienia może skończyć się "katastrofą", a politycy nie mogą w tej kwestii zawieść Brytyjczyków.
Tak więc, moje przesłanie do parlamentu w ten weekend jest proste: czas zapomnieć o gierkach i uczynić to, co jest słuszne dla naszego kraju.
- napisała Theresa May
Z informacji Reutersa wynika, że jeszcze w poniedziałek May wygłosi w Stoke-on-Trent przemówienie, w którym wprost zaatakuje kolegów i koleżanki z Izby Gmin.
Niektórzy w Westminsterze chcieliby opóźnić, a nawet zablokować brexit i wykorzystają każde możliwe narzędzie, aby to zrobić
- ma powiedzieć May.
Możliwych scenariuszy jest wiele. Istotne będzie nie tylko to, czy Theresa May przegra głosowanie, ale również to, jakie będą rozmiary spodziewanej porażki.
W przypadku niewielkiej przegranej premier otrzyma trzy dni, aby przygotować kolejny plan awaryjny. Tutaj z pomocą może przyjść jej Unia Europejska. Z informacji dziennika "The Guardian" wynika, że Bruksela bierze pod uwagę przesunięcie terminu brexitu z 29 marca o co najmniej trzy miesiące. W ten sposób May kupiłaby sobie trochę czasu.
Jeśli jednak UE nie przesunie terminu granicznego (lub przez kolejne miesiące Londyn nadal nie przyjmie umowy), to naturalnym scenariuszem jest "no-deal-brexit", czyli wyjście ze Wspólnoty bez porozumienia, co - wedle prognoz niektórych ekonomistów - może wywołać spory chaos na rynkach finansowych (i nie tylko).
W przypadku gdy May przegra głosowanie bardziej zdecydowanie, może stracić swoje stanowisko. Według doniesień "Sunday Times" na taki scenariusz szykuje się opozycja. Politycy Partii Pracy zamierzają ponoć pozbawić premier kontroli nad Izbą Gmin, aby doprowadzić do zawieszenia lub opóźnienia brexitu.
Możliwości jest oczywiście więcej. W grę wchodzą nawet przedterminowe wybory (które mogłaby wygrać Partia Pracy) i powtórzenie referendum w sprawie brexitu. Londyn ma w tej kwestii zielone światło od UE. W grudniu unijny Trybunał Spawiedliwości orzekł , że nie ma przeszkód prawnych, by Wielka Brytania wycofała wniosek o wyjściu z UE.